Dick Fosbury. Flopem do historii

Zmarł Dick Fosbury, który zdobył olimpijskie złoto w roku 1968 i został legendą. To on wymyślił technikę skoku wzwyż głową naprzód i plecami do poprzeczki.

Publikacja: 15.03.2023 03:00

Amerykanin Dick Fosbury nad poprzeczką podczas olimpijskiego konkursu w Meksyku, po którym lekkoatle

Amerykanin Dick Fosbury nad poprzeczką podczas olimpijskiego konkursu w Meksyku, po którym lekkoatletyczny świat oniemiał

Foto: AP

Wtedy, po zdobyciu złotego medalu igrzysk w Meksyku, wydawało mu się, że niczego wielkiego nie wymyślił.

– Sądzę, że sporo dzieciaków zacznie próbować skoków moim sposobem, ale gwarantować dobrych wyników im nie mogę i nie polecam mojego stylu – powiedział wówczas skromnie wysłannikowi „Timesa”.

Nazwę „flop” wymyślił parę miesięcy wcześniej. Gdy dziennikarze spytali, jak określa tę nowatorską technikę, przypomniał to, co zamieściła kiedyś w podpisie zdjęcia z zawodów licealnych gazeta „Medford Mail-Tribune” z rodzinnego miasta Dicka w Oregonie: „Fosbury Flops Over the Bar” (Fosbury opada nad poprzeczką).

Reporter dodał w tekście, że Fosbury wyglądał podczas próby „jak złowiona ryba trzepocząca się w łodzi”.

Po angielsku słowo flop jako czasownik znaczy zwalać się, opadać, a jako rzeczownik: klapa, niepowodzenie, fiasko. – Spodobała mi się ta sprzeczność: klapa, która mogła przynieść sukces – stwierdził Fosbury.

Najgorszy w liceum

Zaczął majstrować przy nowej technice skoku wzwyż na początku lat 60. jako nastolatek w Medford High School. Po latach powtarzał, że na początku kariery był najgorszym skoczkiem w swym liceum, w okręgu szkolnym, a może w całym Oregonie. Nie miał też widocznego talentu do innych sportów: nie dostał się, mimo chęci, do szkolnej drużyny futbolu amerykańskiego i koszykówki.

Wielkich tradycji sportowych z domu również nie wyniósł (tata woził drewno ciężarówką, mama była nauczycielką), ale od małego uparł się, by coś osiągnąć w sporcie także dlatego, by poradzić sobie z żalem po śmierci młodszego brata Grega, który zginął pod kołami auta prowadzonego przez pijanego kierowcę, gdy chłopcy jechali na rowerach.

Czytaj więcej

Zmarł sportowiec, który zrewolucjonizował skok wzwyż

Uparł się pozostać przy lekkoatletyce. Początkowo skakał staromodnym stylem nożycowym, w którym sportowiec biegnie niemal równolegle do poprzeczki i przeskakuje ją w pozycji zbliżonej do siedzącej, wymachując energicznie nogami. Przerzutowy też trenował, ale pomyślał, że musi zmienić pozycję ciała, co było początkiem technicznej rewolucji, a właściwie ewolucji, bo przez dwa lata eksperymentował. Można rzec, że flop przychodził do niego naturalnie.

Trenerzy zachwyceni nie byli. Obawiali się, że nowinka mogła nie być zgodna z regułami rozgrywania konkurencji, że skoczek może zrobić sobie krzywdę, że całe to działanie prowadzi w ślepą uliczkę.

Fosbury ignorował te uwagi. Stopniowo doszedł do tego, że trzeba skakać głową naprzód, następnie próbować przez chwilę unieść plecy niemal równolegle do poprzeczki, a następnie je wygiąć. Owszem, potem następował przykry obowiązek lądowania – mniej więcej na karku (nie wszystkie szkoły miały wówczas piankowe materace na zeskoku, w niektórych wciąż były to piaskownice), ale skoro w szkole średniej poprawił rekord życiowy o całą stopę (ponad 30 cm), to wiedział, że warto trzymać się własnego stylu i nie przejmować krytyką.

Kpiny dziennikarzy i kibiców to jedno, drugie to opinie niektórych uznanych szkoleniowców, naukowców i specjalistów medycyny sportowej. Dyrektor ośrodka medycznego w Los Angeles napisał do młodego lekkoatlety płomienny list, w którym zasugerował, że jego technika doprowadzi wkrótce do plagi złamanych karków w konkursach skoku wzwyż. „Dla dobra młodych Amerykanów powinieneś powstrzymać ten absurdalny sposób ataku na poprzeczkę” – twierdził nadawca.

Taniec na suficie

Inni porównywali te skoki do wyrzucania zwłok przez okno albo do tańca Freda Astaire’a na suficie. Dla wielu flop był wówczas żartem ze sportu, choć Fosbury był akademickim mistrzem kraju i wygrał kwalifikacje olimpijskie w 1968 roku. Amerykańscy działacze nie byli jednak pewni, co z tym zrobić, więc zorganizowali miesiąc przed igrzyskami dodatkową rywalizację, w której wzięła udział czwórka skoczków. Wszyscy osiągnęli 2,18 m, kolejną wysokość – 2,20 – pokonało trzech, Fosbury był jednym nich.

W Meksyku skakał bezbłędnie do wysokości 2,22 m, rekord olimpijski i rekord USA zarazem – 2,24 m – ustanowił w trzeciej próbie. Rekord świata Walerego Brumela wynosił wówczas 2,28, więc spróbował trzy razy skoczyć 2,29, bez powodzenia.

– Nawet nieustraszony Fosbury jest zdumiony tym wyczynem – donosił „New York Times”, gdy reporter usłyszał od skoczka, że ten – oglądając filmy ze swych udanych prób – sam zastanawia się, jak to wszystko zrobił. Świat się nie zastanawiał, tylko szybko kupił pomysł chłopaka z Oregonu. Przed następnymi igrzyskami w Monachium na 40 najlepszych skoczków wzwyż 28 skakało, już stosując flop Fosbury’ego.

Na skoczniach pojawili się bardzo wysocy młodzieńcy, którzy jak Fosbury nosili dwa różne buty i przed każdym skokiem kołysali się w przód i tył, zaciskając i rozluźniając pięści. Gazety, chcąc podkreślić nowatorstwo w innych dyscyplinach, zaczęły pisać o Fosburych narciarstwa, chodu, golfa, a nawet wędkarstwa. Szwajcarska firma Piaget, wprowadzając na rynek nową linię zegarków, uznała, że twarzą tego przedsięwzięcia może być tylko Fosbury – skoczek, który w pięć lat przeszedł od rywalizacji licealnej do złota igrzysk.

Mówił po latach, że to dla niego, chłopaka z małego amerykańskiego miasteczka, było zbyt wiele, że nie chciał bez przerwy stać na piedestale. Jednak na nim długo pozostał. Spotykał prezydentów i królów. Na igrzyska już nie wrócił, ale jego styl podbił skok wzwyż na zawsze.

Woził siano i hodował konie

W 1972 roku Dick Fosbury zakończył studia w Oregon State University, uzyskując dyplom w dziedzinie inżynierii lądowej. Przeniósł się do Idaho, tam założył firmę Galena Engineering, Inc., próbował bez powodzenia zostać politykiem (u demokratów), pod koniec życia został komisarzem ds. zagospodarowania przestrzennego w hrabstwie Blaine w stanie Idaho.

Ze sportu nie zniknął, uczył skoku wzwyż w świecie, pełnił funkcję wiceprezesa Stowarzyszenia Olimpijczyków i Paraolimpijczyków USA. Znalazł się w lekkoatletycznej Galerii Sław.

Panią Rebekę Tomasi poznał podczas nauki tańca, ćwiczyli razem swing. Gdy została jego żoną, kupił farmę w pobliżu Bellevue w południowym Idaho, tam przez lata wspólnie z dziećmi i wnukami wozili siano i hodowali konie. Zachorował na chłoniaka już w 2008 roku, leczenie dało efekty, aż do 2023 roku nie było nawrotu choroby. Miał 76 lat, gdy zmarł we śnie w domu.

Wtedy, po zdobyciu złotego medalu igrzysk w Meksyku, wydawało mu się, że niczego wielkiego nie wymyślił.

– Sądzę, że sporo dzieciaków zacznie próbować skoków moim sposobem, ale gwarantować dobrych wyników im nie mogę i nie polecam mojego stylu – powiedział wówczas skromnie wysłannikowi „Timesa”.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Lekkoatletyka
Memoriał Kamili Skolimowskiej. Jakob Ingebrigtsen zaatakuje rekord świata
Lekkoatletyka
Memoriał Ireny Szewińskiej. Natalia Kaczmarek i Paweł Fajdek błyszczą formą
Lekkoatletyka
Memoriał Ireny Szewińskiej. Gwiazdy wystąpią w Bydgoszczy
Lekkoatletyka
Lekkoatletyka. Najgorsze mistrzostwa Europy od 12 lat
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Lekkoatletyka
Rekord Polski Natalii Kaczmarek. Nastała nowa epoka w polskiej lekkoatletyce
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą