Lord kontra car

Lekkoatletyka: W środę wybory nowego szefa międzynarodowej federacji (IAAF). Rywalizują Sebastian Coe i Siergiej Bubka.

Publikacja: 17.08.2015 20:59

Sebastian Coe, 58 lat, dwukrotny mistrz i Siergiej Bubka, 51 lat, mistrz olimpijski w skoku o tyczce

Sebastian Coe, 58 lat, dwukrotny mistrz i Siergiej Bubka, 51 lat, mistrz olimpijski w skoku o tyczce

Foto: AFP

Z jednej strony dwukrotny mistrz olimpijski w biegu na 1500 m z Moskwy (1980) i Los Angeles (1984), z drugiej wybitny tyczkarz, który z zimną kalkulacją poprawiał przez lata po centymetrze rekord świata. Dwaj mistrzowie lekkiej atletyki, którzy startowali w czasach dynamicznych, niekiedy pięknych, ale też zakłamanych i pełnych kontrowersji.

Stają przed wyzwaniem, które słusznie określane jest jako największy kryzys tej dyscypliny od czasu, gdy napompowany sterydami Ben Johnson przebiegł linię mety olimpijskiego biegu na 100 m w Seulu (1988). Lekka atletyka ma problemy, może niektórych do końca nie znamy, ale mało kto zaprzeczy, że do pięknej dyscypliny już mocno przykleiła się etykieta, jaką kolarstwu nadał Lance Armstrong, ciężarom gromady siłaczy, a biegom narciarskim astmatycy.

Gdy lekkoatleci ruszą w sobotę do rywalizacji o medale mistrzostw świata w pekińskim Ptasim Gnieździe, będzie już wiadomo, kto ma rozpędzić chmury nad dyscypliną, znacznie gęstsze od smogu nad stolicą Chin. Chmury, które przyniosły 16-letnie, mocno kontrowersyjne rządy Lamine Diacka i jego poprzednika.

Ustępujący przewodniczący nie zapisze się pozytywnie w kronikach światowej lekkiej atletyki. Objął ster IAAF jesienią 1999 roku, zaraz po śmierci czwartego przewodniczącego – Włocha Primo Nebiolo, któremu królowa sportów zawdzięcza mistrzostwa świata, znaczny przyrost wypłat dla sportowców, ale także niekontrolowany rozwój dopingu oraz potężną władzę korupcji i nepotyzmu.

Nebiolo wypłynął na szerokie wody światowego sportu w 1981 roku wsparty przez Horsta Dasslera, twórcę firmy Adidas. Razem wymyślili mechanizm działania kopiowany potem latami w wielu związkach sportowych: jeden rządzi, daje drugiemu intratne kontrakty, dzielą się zyskami (w przypadku IAAF maszynką do przekazywania pieniędzy była prywatna firma marketingowa ISL utworzona przez Dasslera, która obsługiwała federację przez 20 lat; zbankrutowała niedawno, mając 278 mln dol. strat).

Przewodniczący Diack wstępował na urząd z umiarkowanymi hasłami odnowy. Był wybierany ponownie w latach 2001, 2003, 2007 i 2011. Okazało się, że niespełniony skoczek w dal, były dyrektor techniczny senegalskiej reprezentacji piłkarskiej, burmistrz Dakaru, minister sportu Senegalu, potem szef afrykańskiej lekkoatletyki odziedziczył po Nebiolo dworski styl zarządzania i zmienił niewiele.

Ma 82 lata, w radzie IAAF jest od 1976 roku, wiceprezydentem federacji był od 1991 roku. Początkiem końca jego panowania była afera z 2014 roku. Jego syn Papa Massata Diack, pracujący od lat dla IAAF jako konsultant marketingowy i członek rady IAAF, dostał się pod ostrzał mediów w związku z tym, że miał kryć doping lekkoatletów rosyjskich.

Dowody przedstawiła niemiecka telewizja ARD, filmy dokumentalne pokazywały związki Papy Diacka z szefem lekkoatletyki Rosji i byłym skarbnikiem IAAF Walentynem Bałachniczewem oraz mechanizmy przekazywania łapówek od sportowców za krycie dopingu poprzez firmę przyjaciela Diacka juniora w Singapurze. W grę wchodziły ogromne sumy, nawet od pojedynczych sportowców – zdyskwalifikowana maratonka Lidia Szobuchowa mówiła o 450 tys. euro.

Dziennik „L'Equipe" donosił o spotkaniach działaczy w Moskwie, pojawiły się sugestie, że Papa Massata Diack odgrywał i inne dziwne role, m.in. jeździł po świecie i żądał milionów za wsparcie oferty organizacji najważniejszych imprez, np. 5 mln dol. od Kataru za organizację MŚ w Dausze w 2017 roku.

Po Diacku seniorze zostaną także skandale dopingowe, afera Balco, wpadka Marion Jones, pobłażliwość dla dopingowych grzeszników w rodzaju Tysona Gaya i Justina Gatlina, zaprzeczanie zarzutom mediów i niechęć do mierzenia się z trudną rzeczywistością. Trudno jednak zapobiec ponownemu badaniu próbek, a w szafie czeka jeszcze wiele szkieletów, których nie chciałoby się oglądać – jak piszą brytyjscy dziennikarze. Diack popełnił też sporo innych błędów, których efektem są pustoszejące trybuny mityngów i coraz mniejsza popularność lekkiej atletyki.

W środę kandydaci będą przekonywać do siebie 214 członków IAAF. By zdobyć większość z nich, lord Coe przejechał 700 tys. km. Tak jak w wyborach szefa FIFA – każdy kraj, nawet najmniejszy, ma taki sam głos. Ta walka toczy się zatem na wielu frontach. Brytyjczyk chwali się głośno każdym zdobytym punktem, wysyła do dziennikarzy e-maile z wyliczonymi krajami, które zadeklarowały wsparcie. Podkreśla zwłaszcza, że ma głosy z Afryki – Ghana za Coe to znaczy przecież więcej niż jeden głos, to sygnał dla innych, że warto się przyłączyć.

Po wielkim sukcesie igrzysk w Londynie (Coe był szefem komitetu organizacyjnego) w angielskich gazetach pisano, że „lord Coe potrafi chodzić po wodzie", ale wartość działacza nigdy nie jest wieczna. Świat podniósł brwi, gdy usłyszał ostrą odpowiedź brytyjskiego kandydata na dopingowe rewelacje „Sunday Timesa" i stacji ARD. – To wypowiedzenie wojny mojej dyscyplinie. Nie ma żadnego kryzysu – mówił, choć zapowiadał walkę z dopingiem i współpracę z całkowicie niezależną od IAAF organizacją kontroli. Pokazał marchewkę – chce stworzyć fundusz wsparcia, sypnąć dolarami dla federacji krajowych. Nie przejmuje się faktem, że przez osiem minionych lat był wiceprzewodniczącym IAAF i ma silne związki z biznesem.

Bubka, też wiceprzewodniczący, nie jest nowicjuszem w bitwach na obłudę, obietnice, cynizm i skandale w międzynarodowej polityce sportowej. Jest też pracowity i skoncentrowany. Ukrainiec z Monte Carlo woli wytężoną, ale cichą pracę w komitetach wyborczych, w hotelowych kuluarach i podczas licznych spotkań roboczych. Ma wprawdzie za sobą nieudaną i może niepotrzebną kampanię w wyborach na szefa Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, którą skończył w finale na piątym miejscu wśród pięciu kandydatów, ale nie można wykluczyć, iż już wtedy wiedział, że jego prawdziwym celem jest posada na szczycie IAAF, i myślał o niej równie długo jak jego brytyjski rywal.

Słabą stroną cara tyczki może być geograficzny związek z krajami, w których dopingowe wpadki zdarzają się od lat. Długoletnia działalność we władzach światowego sportu to też nie zawsze atut.

Lord czy car, każdy ma wiele do zrobienia, by ludzie uwierzyli, że zmiana będzie prawdziwa.

Z jednej strony dwukrotny mistrz olimpijski w biegu na 1500 m z Moskwy (1980) i Los Angeles (1984), z drugiej wybitny tyczkarz, który z zimną kalkulacją poprawiał przez lata po centymetrze rekord świata. Dwaj mistrzowie lekkiej atletyki, którzy startowali w czasach dynamicznych, niekiedy pięknych, ale też zakłamanych i pełnych kontrowersji.

Stają przed wyzwaniem, które słusznie określane jest jako największy kryzys tej dyscypliny od czasu, gdy napompowany sterydami Ben Johnson przebiegł linię mety olimpijskiego biegu na 100 m w Seulu (1988). Lekka atletyka ma problemy, może niektórych do końca nie znamy, ale mało kto zaprzeczy, że do pięknej dyscypliny już mocno przykleiła się etykieta, jaką kolarstwu nadał Lance Armstrong, ciężarom gromady siłaczy, a biegom narciarskim astmatycy.

Pozostało 87% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
FILM
Widzieliśmy nowy hit Netflixa. To nie jest rozrywka dla każdego
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Lekkoatletyka
Memoriał Kamili Skolimowskiej. Jakob Ingebrigtsen zaatakuje rekord świata
Lekkoatletyka
Memoriał Ireny Szewińskiej. Natalia Kaczmarek i Paweł Fajdek błyszczą formą
Lekkoatletyka
Memoriał Ireny Szewińskiej. Gwiazdy wystąpią w Bydgoszczy
Lekkoatletyka
Lekkoatletyka. Najgorsze mistrzostwa Europy od 12 lat