Spiker pod skocznią aż jęknął ze zdziwienia. Niemieccy kibice się cieszyli, ale z niedowierzaniem. Nie przypuszczali, że Andreasowi Wankowi do zwycięstwa nad Adamem Małyszem wystarczy taki skok: marne 118 metrów, słabe noty. Niestety, wystarczył. Polak skoczył o dwa metry bliżej, nie miał nawet szans na znalezienie się w piątce tzw. lucky loserów.
Po konkursie w Oberstdorfie taka słabość niby nie powinna dziwić, tam Polak zajął 27. miejsce, w Ga-Pa 37., ale w międzyczasie były naprawdę udane treningi i kwalifikacje w Sylwestra. Małysz długo w nich prowadził, zajął ostatecznie ósme miejsce. Kamery na skoczni pokazywały go, jak znów uśmiecha się szczerze, a nie tylko dlatego, że tak wypada. Opowiadał z błyskiem w oku, że dobre treningi go odmieniły, cieszył się, że nieudany rok dobiega końca. A potem nowy zaczął od kolejnego kroku w tył.
Tak nisko w konkursie Turnieju Czterech Skoczni nie był od 2000 roku (46. w Bischofshofen), pierwszy raz nie awansował do drugiej serii w Garmisch-Partenkirchen. To co się z nim od dłuższego czasu dzieje, jest jak awaria pamięci. Dobre nawyki gdzieś w niej przepadły i nie można ich odnaleźć, zwłaszcza podczas konkursów. Poszukiwania są coraz bardziej rozpaczliwe. W Oberstdofie Małysz wyskoczył zbyt wcześniej, w Ga-Pa przejechał próg.
- Adam odbił się wszystkim, tylko nie nogami. W ogóle nie pracowały - tłumaczył trener Łukasz Kruczek, jeszcze bardziej przygaszony niż jego skoczkowie (Piotr Żyła był 41., Kamil Stoch 47.). Decyzję o tym, czy odjechać do domów już z Garmisch-Partenkirchen, czy jednak zostać do końca turnieju, Kruczek odłożył na wieczór. Emocje i rozczarowanie były zbyt duże, by decydować na gorąco. Jak obiecywał, tak zrobił: wieczorem ogłoszono, że Małysz zostaje i skacze dalej w turnieju.
Sam zawodnik jeszcze pod skocznią nie powiedział stanowczo: chcę się wycofać, ale dawał do zrozumienia, że właśnie na taką decyzję liczy. Zależy mu na kilku dniach spokojnego treningu. Po to, by jeszcze raz przeszukać pamięć i odtworzyć to, co dobre. Rozstrzygnięcie zostawia jednak trenerom. Jeśli każą skakać, pojedzie do Innsbrucku. To byłoby już drugie wycofanie mistrza w tym sezonie. Wcześniej Polacy zrezygnowali ze startu w Pragelato i pojechali trenować do Ramsau. Wyjazd niczego nie zmienił. Ten sprzed trzech lat, gdy Małysz zakończył turniej w Ga-Pa, by ratować formę przed igrzyskami w Turynie, również nie pomógł.