Drugi mecz Agnieszki Radwańskiej trwał parę minut krócej niż pierwszy z Yaniną Wickmayer, panna Mestach okazała się tenisistką bojową, ale w sumie było bardzo podobnie – Polka kontrolowała spotkanie, widać, że ćwiczyła elementy agresywnej gry, nie wszystko wychodziło, ale na Belgijkę starczyło z nawiązką.
O krajance Kim Clijsters z Flandrii, wiedzieliśmy przed turniejem, że jest niemal dokładnie pięć lat młodsza od Radwańskiej, była nie tak dawno pierwszą juniorką świata (gdy wygrała Australian Open 2011 w singlu i deblu), ale kariera zawodowa nie przyniosła jej olśniewających sukcesów.
Turnieje ITF – tak, w nich była gwiazdą, wygrała sześć, lecz w większych zawodach, na razie się nie spełniła. Ranking na granicy pierwszej i drugiej setki to na razie granica dla An-Sophie nie do przejścia.
Gra w tenisa mocno, ale trochę za prosto, jak na normy Radwańskiej. Były w pierwszym secie chwile, gdy Mestach zyskiwała na chwilę przewagę, lecz ważne piłki wygrywała Agnieszka. Pani Ann Devries – trenerka An-Sophie, przed laty pierwsza Belgijka w pierwszej setce rankingu WTA, teraz także pani kapitan kobiecej reprezentacji, weszła na kort z radami już po czterech gemach.
Poradziła niewiele. Set 6:3 dla Polki, choć z kilkoma potknięciami, ale zdobyty dość pewnie. Drugi set zaczął się pod przełamania serwisu Belgijki, zaraz potem drugiego. An-Sophie kilka razy walnęła piłkę po smeczu w aut i zobaczyliśmy piłki meczowe. Trzecia była skuteczna.