Siła uderzeń Nadii Pietrowej od lat pozostaje duża. Gdyby nieco uprościć sprawę, można powiedzieć, że zmienia się tylko ich celność. Radwańska trafiła na dzień, gdy Rosjanka, pokrzepiona zwycięstwem nad Aną Ivanović, znów połączyła moc z precyzją i efekt był taki jak przed dwoma laty, gdy Pietrowa biła niemal wszystkie najlepsze na świecie i wygrywała turniej za turniejem.
Gry nie było, polska tenisistka dość szybko uznała, że niewiele jest w stanie zrobić. Zobaczyła, że jak Rosjance idzie, to idzie – mocną grę z głębi kortu poparła ośmioma asami serwisowymi, nierówny mecz zakończył się w godzinę i 12 minut.
Potem Pietrowa powiedziała: – Przybyło mi ostatnio wiele wiary w siebie. To bardzo pomaga na początku meczu, gdy jeszcze nie gra się na 100 procent. Teraz wiem, że stać mnie na znacznie więcej.
Do singla Polka dołożyła porażkę w deblu. Para Radwańska i Anna Czakwetadze (Rosja) przegrała z Casey Dellacqua (Australia) i Francescą Schiavone (Włochy) 2:6, 4:6. Pożegnanie z Tokio okazało się nagłe, w sprawie startu w Masters nie ma dobrych wiadomości.
Wyprzedzająca Radwańską Swietłana Kuzniecowa pokonała Janković (serbskie sny o potędze, czyli numerze 1 w rankingu WTA, legły w gruzach), a grająca w Kantonie Wiera Zwonariowa jest już w półfinale, jednak odrobi 20 punktów dopiero wtedy, gdy wygra.