Sygnałem, że Macedonii nie można lekceważyć, były już eliminacje mistrzostw świata. Drużyna Veselina Vujovicia pokonała Islandię, rywala, z którym Polska przegrała ćwierćfinał igrzysk w Pekinie. Największym sukcesem Macedończyków na wielkich turniejach było dotąd 18. miejsce na mistrzostwach świata. Dziesięć lat temu. Teraz stać ich na więcej, Polacy właśnie to odkryli.
[wyimek]Obrona Polaków wyglądała jak w meczu charytatywnym. Bali się grać ostro[/wyimek]
Niedzielne, dramatyczne spotkanie z Rosją dzieliło od meczu z Macedonią tylko 21 godzin. Przyczyn porażki Polacy nie szukali jednak w zmęczeniu. Zgubiła ich pewność siebie, poczuli się już mistrzami, mimo że nawet do medalu w Chorwacji droga jeszcze daleka.
– Nie możemy liczyć, że w każdym meczu Sławek Szmal wybroni nam tyle rzutów, co w niedzielę. Z Rosją każdy dołożył swoją cegiełkę do zwycięstwa, z Macedonią – wszyscy przyczynili się do porażki. Za szybko konstruowaliśmy ataki, dwa podania i od razu rzut. Nie wiem dlaczego, może każdy zawodnik chciał pokazać, że dzisiaj to on jest najlepszy – tłumaczył zaraz po meczu trener Wenta.
Przekleństwem Polaków był skrzydłowy Kirił Lazarov. Podpora reprezentacji Macedonii od 12 lat, dwukrotny król strzelców Ligi Mistrzów, robił, co chciał. Trafiał z każdej pozycji. Po jego rzutach polscy bramkarze wyjmowali piłkę z siatki 13 razy. Ani Szmal, ani tym bardziej Adam Malcher nie mieli swojego dnia. Dla pierwszego 22 procent obronionych rzutów to wstyd, drugi nie obronił ani jednego.