Poprzedni finał mundialu zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko. W Katarze oglądaliśmy prawdopodobnie najwspanialszy w dziejach mecz o trofeum: pościg Francuzów za Argentyńczykami, sześć goli i rzuty karne. Leo Messi został w końcu mistrzem świata, ale to Kylian Mbappe dzięki hat trickowi w finale wygrał wyścig o tytuł króla strzelców. A wszystko sędziował nasz Szymon Marciniak.

Teraz w USA apetyty rozbudził dodatkowo mecz o trzecie miejsce, który miał być nikomu niepotrzebnym do szczęścia nudnym przedstawieniem, a okazał się pasjonującym widowiskiem z aż dziesięcioma bramkami i zwycięstwem Anglików nad Francuzami (6:4).

Czytaj więcej

Finał mundialu. Hiszpania-Argentyna 1:0. Hiszpanie mistrzami świata!

Hiszpania – Argentyna. Szaleństwa nie było

Trudno było się spodziewać podobnej wymiany ciosów w Nowym Jorku. Finały mają to do siebie, że mało kto pozwala sobie w nich na szaleństwo. Nikt nie chce popełnić kosztownego błędu, dominuje ostrożność, zwłaszcza do momentu pierwszej bramki. I takie właśnie obrazki niestety obserwowaliśmy. Hiszpanie prowadzili grę, budowali akcje, ale Argentyńczycy byli czujni w defensywie i czekali na kontry.

Czytaj więcej

Alfabet mundialu 2026. Pierścień i murawa na pamiątkę

Mieliśmy jednak prawo liczyć na fajerwerki, skoro po raz pierwszy mierzyli się mistrz świata i Ameryki Południowej oraz mistrz Europy, dwie najlepsze drużyny w rankingu FIFA.

Hiszpania była bardzo głodna sukcesu. Jedyny tytuł zdobyła w 2010 r., a potem już tylko ocierała łzy. Na kolejnym mundialu nie wyszła nawet z grupy, a z dwóch następnych odpadała w 1/8 finału po rzutach karnych. Argentyna w ciągu ostatnich 12 lat do finału awansowała trzykrotnie. Ale dopiero w Katarze Messi dogonił swoje marzenie o mistrzostwie świata, a emir Tamim bin Hamad Al Sani przed wręczeniem mu pucharu, odział go w arabskie szaty. Messi z trofeum najchętniej by się nie rozstawał, całował je i przytulał, jak dziecko, które otrzymało długo wyczekiwany bożonarodzeniowy prezent.

Czytaj więcej

Trawienie bólu po przegranej. Jak szuka się winowajców, by zagłuszyć sportowy żal

Dorównał Diego Maradonie, a w USA chciał zostać także pierwszym kapitanem, który dwukrotnie poprowadził zespół do Pucharu Świata. Wcześniej tylko dwie reprezentacje obroniły tytuł: Włosi jeszcze przed drugą wojną światową i Brazylijczycy na początku lat 60.

Argentyńczycy, mimo pewnego awansu do fazy pucharowej, później testowali nerwy swoich kibiców. W każdej rundzie uciekali znad krawędzi i potrzebowali dwóch dogrywek, by znaleźć się w finale. Byli na pewno bardziej zmęczeni niż Hiszpanie, którzy w dodatku odpoczywali dzień więcej, ale ten niezłomny charakter obrońców trofeum, dzięki któremu wychodzili z największych tarapatów, sprawiał, że nie wolno było ich spuszczać z oka, dopóki nie zejdą z murawy.

Donald Trump pierwszy raz na trybunach

Obie drużyny przygotowywały się do tego finału z problemami. Ostatni trening Hiszpanów odwołano przez burzę, trening Argentyńczyków zaczął się z 45-minutowym opóźnieniem, a dodatkowo obawiano się o jakość powietrza ze względu na smog spowodowany pożarami lasów w Kanadzie.

Konferansjerzy Michael Buffer i Bruce Buffer zadbali o to, byśmy przed meczem poczuli się jak na dobrej gali bokserskiej. Czekaliśmy na zapowiadane grzmoty na murawie, ale do przerwy dostaliśmy tylko dwa celne strzały – oba Hiszpanów.

Więcej działo się, kiedy zawodnicy zeszli do szatni, podczas halftime show wzorowanego na Super Bowl. Madonnę eskortowali na boisko Ronaldo i Ronaldinho, pojawiły się Muppety, wystąpił zespół BTS, na gitarze zagrał Justin Bieber, publiczność rozgrzała również Shakira.

Przed meczem hymn Stanów Zjednoczonych odśpiewała Jennifer Hudson. Zobaczyliśmy też w końcu na trybunach Donalda Trumpa, oczywiście w towarzystwie swojego przyjaciela, szefa FIFA Gianniego Infantino. Puchar 80-tysięcznej publiczności w Nowym Jorku zaprezentowali byli mistrzowie świata Andres Iniesta i Mario Kempes.

Finał mundialu. Ferran Torres bohaterem

Finał rozkręcał się jednak bardzo powoli. Najbliżej strzelenia gola w pierwszej połowie był Lamine Yamal. Po 19-letnim skrzydłowym Barcelony nie widać było tremy, choć to na niego skierowane były oczy wszystkich kibiców. Można zażartować, że mierzył się ze swoim ojcem chrzestnym.

Czytaj więcej

Michał Listkiewicz dla „Rz”: Może Collina nie lubi łysych?

Prawie dwie dekady temu na potrzeby sesji zdjęciowej do charytatywnego kalendarza Messi kąpał małego Yamala i trzymał go na rękach. Teraz spotkali się wreszcie na boisku, i to od razu w wielkim finale. Obaj nie szczędzili sobie pochwał.

– Nie do wiary, że będziemy walczyć o mistrzostwo świata. Zawsze życzę mu dobrze, ale mam nadzieję, że Hiszpanie nie będą mieli w niedzielę swojego najlepszego dnia – przyznał Messi.

Ten turniej nie układał się po myśli Yamala, jeśli chodzi o indywidualne osiągnięcia, dlatego w spotkaniu z Argentyną od początku był bardzo aktywny, jakby chciał pokazać, że jest gotowy, by przejąć koronę.

Messi też miał o co walczyć. Królem strzelców mundialu jeszcze nie był, a dzień wcześniej Kylian Mbappe, dzięki dwóm trafieniom w meczu o trzecie miejsce, wyszedł na prowadzenie w tym wyścigu i w dodatku wyprzedził Argentyńczyka w klasyfikacji wszech czasów (22 gole).

Trudno jednak myśleć o wygraniu finału, jeśli nie oddaje się ani jednego celnego strzału, za to poluje na nogi rywali. W doliczonym czasie za faul na Pau Cubarsim drugą żółtą kartkę dostał Enzo Fernandez. Sędziujący ten mecz Slavko Vincić pozwalał zawodnikom na zbyt wiele, ale teraz nawet on nie miał wątpliwości, jaką trzeba podjąć decyzję.

Argentyna kończyła w osłabieniu, przed Hiszpanią otwierała się wielka szansa. Mistrzów świata na powierzchni trzymał Emiliano Martinez, broniąc w samej końcówce strzał Yamala z rzutu wolnego. Ich plan był jasny: dotrwać do karnych.

Nie wypalił, bo w 106. minucie Martineza, uderzeniem pod poprzeczkę, pokonał wreszcie Ferran Torres. Napastnik Barcelony zdobył najważniejszą bramkę w karierze. Po 16 latach Hiszpanie wrócili na tron. Brawo bił im nawet mistrz tenisa Carlos Alcaraz.