Futbolowi bonzowie dalej marzą o Superlidze. Wilk znów przebiera się za babcię

Najbogatsze kluby nie rezygnują z pomysłu stworzenia Superligi i przekonują, że nadszedł czas na zmiany.

Publikacja: 10.02.2023 03:00

Kibice nie chcą Superligi. Uważają, że jej organizatorami nie kieruje miłość do futbolu, lecz chciwo

Kibice nie chcą Superligi. Uważają, że jej organizatorami nie kieruje miłość do futbolu, lecz chciwość

Foto: Paul ELLIS / AFP

Najnowsza propozycja to pozorny krok w tył w stosunku do poprzednich pomysłów organizatorów Superligi, który tak naprawdę jest przygotowaniem do kolejnego skoku. Bernd Reichart, czyli dyrektor generalny współpracującej z czołowymi europejskimi klubami firmy A22, przekonuje na łamach niemieckiego „Die Welt”, że obecna koncepcja Superligi to owoc konsultacji i dyskusji z blisko 50 podmiotami.

Futbolowym bonzom marzą się rozgrywki podzielone na cztery dywizje z udziałem nawet 60–80 klubów. To oznaczałoby dla każdej drużyny co najmniej kilkanaście meczów w sezonie i gwarantowało „stabilny oraz przewidywalny dochód”.

Reichart podkreśla, że obecnej liczby dni meczowych w kalendarzu nie należy zwiększać, bo zdrowie zawodników jest kluczowe, ale kluby potrzebują większej stabilizacji w zakresie spodziewanych zysków. Obecny system, w którym drużyna zajmująca ostatnie miejsce w grupie Ligi Mistrzów lub Ligi Europy rozgrywa w pucharach tylko sześć meczów, jego zdaniem tego nie gwarantuje.

Czytaj więcej

Ekstraklasa. Nowy selekcjoner rusza w podróż po stadionach

– Podstawy europejskiej piłki są zagrożone. Nadszedł czas na zmiany. To kluby w piłce ponoszą dziś największe ryzyko, ale gdy w grę wchodzi podejmowanie kluczowych decyzji, zbyt często stoją z boku – podkreśla Reichart. – Prowadzone przez nas rozmowy pokazały, że wiele z nich boi się publicznie wypowiedzieć przeciwko temu systemowi w obawie przed sankcjami, a do zrobienia jest dużo.

Uczestnicy Superligi mieliby jednocześnie występować w rozgrywkach krajowych, a osiągnięte tam wyniki byłyby podstawą kwalifikacji. To oznacza, że jej twórcy odeszli od rewolucyjnych pomysłów tworzenia piłkarskiej NBA i zwracają się raczej w kierunku tradycyjnego modelu rywalizacji. Chcą po prostu Ligi Mistrzów, Ligi Europy oraz Ligi Konferencji w jednym, ale na swoich warunkach.

Superliga z obecnego systemu chce zapożyczyć nawet model finansowego fair play, bo kluby będą mogły przeznaczyć na pensje zawodników oraz transfery jedynie określony procent rocznego przychodu. – Wydatki muszą się opierać wyłącznie na wygenerowanych funduszach, a nie zakłócających konkurencję zastrzykach kapitałowych – wyjaśnia Reichart.

Czytaj więcej

Finał Ligi Mistrzów w futsalu nie dla Gliwic. Z powodu Rosjan UEFA wolała Majorkę

Jego propozycja to kolejne wyzwanie rzucone Europejskiej Unii Związków Piłkarskich (UEFA). Kluby walczą nie tyle o rząd dusz, ile o dostęp do portfela. UEFA – według ostatniego dostępnego sprawozdania – w sezonie 2020/2021 zarobiła ponad 5,7 mld euro. 95 proc. tego przychodu pochodziło ze sprzedaży praw medialnych oraz komercyjnych do meczów klubowych i reprezentacyjnych.

Dziś uczestnicy Ligi Mistrzów dzielą się startowym (500 mln euro), premiami za wyniki (600 mln euro), zyskami związanymi z oglądalnością telewizyjną (300 mln euro). Ważny jest też bonus za markę (600 mln euro), czyli wypłata utrwalająca status quo, której wysokość jest uzależniona od rezultatów osiąganych przez kluby w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

– Europejskimi rozgrywkami, jak dzieje się to na szczeblu krajowym, powinny zarządzać same kluby, a nie osoby trzecie, które czerpią zysk bez ponoszenia jakiegokolwiek ryzyka – podkreśla Reichart. UEFA w sezonie 2020/21 rozdysponowała tylko 4,5 z 5,7-miliardowego dochodu, a dwie trzecie tej kwoty trafiło bezpośrednio do klubów. Najwięksi chcieliby jeszcze więcej.

Pierwsza próba wywrócenia stolika, do której doszło przed dwoma laty, skończyła się fiaskiem. Protesty kibiców, twarde stanowisko UEFA oraz naciski polityków – także tych rosyjskich, związanych ze sponsorującym Ligę Mistrzów Gazpromem – na ówczesnego właściciela Chelsea Londyn Romana Abramowicza sprawiły, że projekt porzucił nie tylko on, ale także ośmiu innych rebeliantów.

Pomysł jednak nie umarł. Jeszcze rok temu szef Juventusu Turyn Andrea Agnelli podkreślał, że większość klubów, które wyszły z propozycją zmian, wciąż są udziałowcami założonej wówczas spółki i nie tak łatwo będzie im odejść: – Nasz projekt to efekt pracy 12 podmiotów. 11 z nich wciąż wiąże 120-stronicowy kontrakt.

Bonzom marzy się liga podzielona na cztery dywizje z udziałem nawet 60–80 klubów

– Superliga powróci – ostrzegał były piłkarz Manchesteru United, a dziś telewizyjny ekspert Gary Neville. Dziennikarz Matt Slater na łamach „The Athletic" przypomniał z kolei, że podobny projekt dotyczący nowych rozgrywek dla najbogatszych w połowie lat 90. ochrzczono kryptonimem „Gandalf", bo plany Superligi są jak czarodzieje: trudno je zabić.

Inne porównanie znalazł szef hiszpańskiej LaLiga Javier Tebas. Jeden z największych przeciwników rebelii napisał na Twitterze: „Superliga jest jak wilk, który przebiera się za babcię, żeby oszukać europejską piłkę nożną. Jego nos i zęby są bardzo duże”.

– Chodzący trup, jakim jest Superliga, ponownie drga i przypomina zombi – mówi na łamach „Guardiana” szef Stowarzyszenia Kibiców Piłkarskich (FSA) Kevin Miles.

Zaskoczenia rewelacjami Reicharta i opowieściami o „otwartych konsultacjach” nie kryją przedstawiciele organizacji Europejskie Ligi, zrzeszającej rozgrywki z 34 krajów Starego Kontynentu.

Pomysłodawcy Superligi podkreślają, że chcą zorganizować „najbardziej ekscytujące rozgrywki na świecie”.

Czytaj więcej

Mecz Polska - Albania nie odbędzie się na Stadionie Narodowym. Obiekt nie jest gotowy

– Fakt, że Bayern grał z Liverpoolem cztery razy przez 60 lat, a Real pierwszy raz zmierzył się z Chelsea w Lidze Mistrzów dopiero dwa lata temu, pokazuje, że marnujemy potencjał. Atrakcyjność El Clasico nie słabnie, jeśli widzimy je trzy razy roku – wyjaśniał Reichart na łamach „L’Equipe”.

Obiecuje on także wsparcie futbolu kobiecego oraz poszanowanie prawa unijnego. To ostatnie jest o tyle istotne, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) analizuje obecnie kwestię legalności monopolu UEFA na organizację rozgrywek. Wyrok spodziewany jest wiosną. Jego treść – nawet jeśli okaże się niezgodna z oczekiwaniami najbogatszych – ich zapału raczej nie zgasi.

Najnowsza propozycja to pozorny krok w tył w stosunku do poprzednich pomysłów organizatorów Superligi, który tak naprawdę jest przygotowaniem do kolejnego skoku. Bernd Reichart, czyli dyrektor generalny współpracującej z czołowymi europejskimi klubami firmy A22, przekonuje na łamach niemieckiego „Die Welt”, że obecna koncepcja Superligi to owoc konsultacji i dyskusji z blisko 50 podmiotami.

Futbolowym bonzom marzą się rozgrywki podzielone na cztery dywizje z udziałem nawet 60–80 klubów. To oznaczałoby dla każdej drużyny co najmniej kilkanaście meczów w sezonie i gwarantowało „stabilny oraz przewidywalny dochód”.

Pozostało 91% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
PIŁKA NOŻNA
Hiszpanie są już pewni. FC Barcelona wybrała nowego trenera
Piłka nożna
Bayern Monachium wybrał nowego trenera. Kim jest Vincent Kompany?
Piłka nożna
Bayer Leverkusen zatrzymany. Nigeryjczyk z Atalanty bohaterem finału Ligi Europy
Piłka nożna
Czy Kylian Mbappe zagra w Paryżu? Emmanuel Macron zaczął negocjacje
futsal
Od środy finał Fogo Futsal Ekstraklasy. „Kluczem będzie bramkarz”