Może kiedyś powstanie o tym dokument albo nawet film. O zespole, który nigdy się nie poddaje. O trenerze, który zaraża piłkarzy spokojem. Wreszcie o zbuntowanym gwiazdorze, który dorósł do roli lidera.
Twarzami tego sukcesu są Carlo Ancelotti i Karim Benzema, dostarczający kolejnych argumentów, że zasługuje na Złotą Piłkę. Ale to, co zobaczyliśmy w rewanżu z Manchesterem City, było triumfem całej drużyny. Świetnie broniącego Thibauta Courtoisa, Ferlanda Mendy’ego, który przy stanie 0:1 po strzale Jacka Grealisha wybił piłkę z linii bramkowej, zmiennika Rodrygo, który strzelił dwa gole i podał kolegom tlen.
Wszystkich bohaterów można by wymieniać długo.
To, co wydarzyło się w Madrycie, można porównać do wielkich powrotów Manchesteru United w finale z Bayernem w 1999 roku czy Liverpoolu w finale z Milanem sześć lat później. A przecież Real w równie nieprawdopodobnych okolicznościach odwracał już w poprzednich rundach losy meczów z Paris-Saint Germain i Chelsea.
Czytaj więcej
Królewscy rzutem na taśmę odrobili straty z Manchesteru, doprowadzili do dogrywki, pokonali City 3:1 i to oni zmierzą się 28 maja w Paryżu z Liverp...
Niewykluczone, że za kilka tygodni zrobi to w Paryżu po raz kolejny.
– Nie mieliśmy w środowy wieczór chwili zwątpienia – przekonuje Casemiro. – Ta ekipa jest zdolna do wszystkiego – wtóruje mu Courtois, a Ancelotti zaznacza, że od początku celem nie był występ w finale, tylko zwycięstwo.
Kiedy Włoch ze stoickim spokojem świętował awans, Pep Guardiola zachodził w głowę, dlaczego znowu w życiu mu nie wyszło. Od ponad dekady próbuje wygrać Ligę Mistrzów i gdy wydaje się, że jest już bardzo blisko celu, zawsze coś staje mu na drodze. Nie da się wszystkiego zrzucić na afrykańskich szamanów, którzy mieli zesłać na niego klątwę po tym, jak w 2018 roku pozbył się z zespołu Yayi Toure.
– Musimy to zaakceptować, przetrawić i wrócić, bo przed nami cztery ostatnie mecze w sezonie – mówi Hiszpan.
Dla City znów szczytem będzie mistrzostwo Anglii, choć większość kibiców zacierała już ręce na kolejny rozdział pojedynku Guardioli z trenerem Liverpoolu Juergenem Kloppem – tym razem na europejskiej scenie.
Drugiego z rzędu angielskiego finału nie będzie, ale podtekstów, które towarzyszą starciu Realu z Liverpoolem, nie brakuje.
– Mamy rachunki do wyrównania – zauważa Mohamed Salah, wracając pamięcią do Kijowa. Cztery lata temu drużyna z Anfield przegrała tam z Królewskimi 1:3, a poturbowany przez Sergio Ramosa Salah musiał opuścić boisko już w pierwszej połowie. Patrzył, jak Loris Karius popełnia w bramce błędy, i czuł się bezsilny.
Czytaj więcej
Dyskretny urok emeryta. Carlo Ancelotti po raz piąty awansował do finału Ligi Mistrzów, choć na tle młodszych kolegów, technokratów, jest ewidentni...
Real prowadził wtedy jeszcze Zinedine Zidane, Liverpool już Klopp. To będzie czwarty finał Niemca, Ancelottiego – już piąty. Żaden trener nie grał tak często o trofeum, a Włoch będzie miał szansę ustanowić kolejny rekord i sięgnąć po puchar już po raz czwarty.
Przy Juergenie Kloppie wielu trenerów mogłoby się nabawić kompleksów, ale nie Ancelotti, który pokonywał go nawet wówczas, gdy trenował teoretycznie słabsze Everton i Napoli.
Smaku tej rywalizacji dodaje fakt, że Włoch mógł pracować na Anfield, ale szefowie Liverpoolu postawili w 2015 roku na Kloppa. – I był to wybór słuszny – twierdzi Ancelotti.
Podobno są przyjaciółmi i nie szczędzą sobie pochwał. 28 maja cieszyć się będzie tylko jeden, ale dżentelmeńskich gestów po meczu z pewnością nie zabraknie.
Może Ancelotti i Klopp wybiorą się nawet na kolację, by przy kieliszku francuskiego wina porozmawiać nie tylko o futbolu.