Sonik ostatni w sezonie rajd zaczął od mocnego uderzenia. Już w piątek odniósł etapowe zwycięstwo, dzięki dobrej jeździe i karze nałożonej na Rosjanina Aleksandra Maksimowa objął prowadzenie w klasyfikacji.

Na kierowców czekała niemiła niespodzianka. Nie otrzymali roadbooka na prawie 350-kilometrową dojazdówkę. Prowadził ich organizator, który najpierw zostawił 30-osobową grupę quadowców i motocyklistów na stacji benzynowej, a potem nie trafił na start.

– Jechaliśmy sami, z duszą na ramieniu, przez szary świt, ale na szczęście ludzie tu są życzliwi i na skrzyżowaniach pokazywali nam drogę, którą przejechała poprzedzająca nas ekipa – zaznaczył Sonik.

W sobotę zawodnicy musieli się zmagać na Saharze przede wszystkim z naturą. I tę walkę przegrali. Na przeszkodzie stanęła... woda.

– Kilkadziesiąt kilometrów od pierwszego tankowania dojechałem do grupy czołowych motocyklistów, którzy stali nad brzegiem rzeki – opowiadał Sonik. – Twierdzili, że przekroczenie jej jest bardzo niebezpieczne i zdecydowało się na to tylko dwóch zawodników. Okazało się, że jednym z nich był Maciek Giemza, a drugim Juan Pedrero. Obaj wrócili po jakimś czasie, ponieważ 30 km dalej trafili na kolejną rzekę. Hiszpan wszedł do niej, żeby sprawdzić głębokość, i kiedy zanurzył się do ramion, postanowił zawrócić.

Przez ponad dwie godziny uczestnicy tkwili na środku pustyni, w pełnym słońcu, chowając się w cieniu przybyłych na miejsce samochodów.

– Organizator przyleciał do nas śmigłowcem i nie miał innego wyjścia, jak przerwać rywalizację. Wszyscy razem pojechaliśmy do najbliższej drogi i konwojem udaliśmy się na biwak – relacjonował Sonik, który został sklasyfikowany na drugim miejscu z czterema sekundami straty do Koolena i utrzymał prowadzenie w rajdzie.

Niedzielny etap z najdłuższym odcinkiem specjalnym (578 km ze 180-kilometrową neutralizacją w środku) zakończył się po zamknięciu tego wydania gazety.