Doświadczona zawodniczka podczas halowych mistrzostw Polski w Toruniu pobiegła na swoim koronnym dystansie po raz pierwszy od sierpnia 2018 roku. Cichocka nie startowała przez 1,5 roku z powodu kontuzji.
Dobrze panią widzieć znowu na bieżni.
Po biegu zakręciła mi się łezka w oku. Nie było łatwo, bo przez tydzień chorowałam. Totalnie mnie rozłożyło, przyjechałam do Torunia właściwie prosto z łóżka. Jestem nakręcona, czuję w sobie siłę. Przez dwa lata robiłam wszystko, żeby wrócić. A był moment, w którym miałam dziesięć różnych diagnoz. Nie wiedziałam, co mam leczyć, to było bardzo destrukcyjne dla mojej głowy.
Kto pomógł?
Znalazłam doktora w Monachium. Dziś wiem, że jestem w najlepszych rękach. To świetny lekarz-ortopeda oraz cudowny psycholog i człowiek. Cały czas powtarzał: „Angie, będziesz biegać! Igrzyska są w zasięgu, igrzyska są twoje”. Pozytywnie mnie nakręcał, dał nadzieję. Byli tacy, którzy mówili: „Już po Cichockiej”. A ja podniosłam się, wróciłam. Wiele jest za mną, ale i dużo przede mną. Mój 3-letni chrześniak mówi: „To nie są przeszkody, to są przygody”. Przede mną tyle przygód!
Kto został pani trenerem po tym, jak ze współpracy z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki zrezygnował Tomasz Lewandowski?
Trenuję z mężem. Cały czas był blisko, wspierał mnie w trudnych momentach. Będziemy bazować na moim doświadczeniu i odczuciach. Kontuzje uczą czucia własnego organizmu.
Cel na dziś to kwalifikacja na igrzyska?
Cel jest taki, żebym była zdrowa. Jeśli wszystko jest w porządku, to wtedy zawsze dają z siebie maksa. A kiedy dają z siebie maksa, to jest dobry wynik. Chcę się zbliżyć do „życiówki”, może ją poprawić. Na pewno nie jest tak, że zniknęłam na dwa lata i wydarzyło się coś strasznego. Nie podchodzę do mojej kontuzji w ten sposób. Dużo w tym czasie nad sobą pracowałam. Myślę, że może mi to wyjść tylko na plus.