Dzień był chłodny i wilgotny, na rekordy nikt nie liczył, tym bardziej, że trasa nie spełnia wymogów oficjalnej homologacji IAAF, ale w Bostonie tym się nie przejmują. Teraz bieganie po ulicach amerykańskiego miasta jest tyle samo ważne, co pamięć.
– W zeszłym roku bieg był perfekcyjny, lecz wszyscy startowali w wielkim napięciu, gdyż to była pierwsza rocznica zamachu. W tym roku nasz maraton po części wrócił do tego czym był: świętem sportu, igrzyskami dla zwykłych ludzi lubiących biegać – mówili uczestnicy.
Nikt oczywiście nie zapomniał eksplozji bomb na mecie, po których zginęły 3 osoby i 260 zostało rannych. Zapomnieć trudno, także dlatego, że sąd federalny właśnie uznał winę jednego z zamachowców, Dżochara Carnajewa. Z ogłoszeniem wyroku jednak sędziowie się wstrzymali, właśnie ze względu na maraton nr 119.
Nie można zapomnieć, bo sprawa zapewnienia bezpieczeństwa 30 tysiącom osób jest teraz oczywista. Wszędzie było widać patrole policjantów z psami, trasy pilnowało 3000 funkcjonariuszy.
Nie ma w Bostonie dużej szansy, by przebiec jako „bandyta" (czyli niezarejestrowany uczestnik), kto spróbuje, ryzykuje wiele. Biegacze mogli przynieść na start tylko jedną niedużą, przezroczystą plastikową torbę z żywnością i napojami (wszystkie legalne torby dostarczyli organizatorzy – Boston Athletic Association), dozwolone kieszenie na pasie też zmniejszyły znacząco rozmiary. Inne torby lub pojemniki – zabronione.