"Rzeczpospolita": Pani wykład podczas Forum Sport – Zdrowie – Pieniądze nosił tytuł „Moja droga do Rio". Jak można określić tę drogę jednym słowem?
Matylda Kowal: Muszę się zastanowić... może: zaskakująca.
Dlaczego?
Bo nie chcę używać słowa „ciężka", chociaż taka też była. No, nie potrafię tego ująć tak w jednym słowie. Jeszcze w Londynie zamarzyłam o kolejnych igrzyskach, a następne trzy lata były trudne, przytrafiła się kontuzja.
Jak wypada porównanie Londynu i Rio?
Jeśli chodzi o wynik sportowy, to zdecydowanie milej będę wspominać Rio, gdzie zajęłam 26. miejsce. Chociaż nie udało się zakwalifikować do finału, poprawiłam rekord życiowy o pięć sekund. W Londynie debiutowałam, więc samo to zrobiło na mnie wielkie wrażenie.
Jaki jest najlepszy wiek dla zawodniczki w pani konkurencji?
Około 30 lat. Wytrzymałość u kobiet rośnie, do pewnego momentu, wraz z wiekiem.
Występ na igrzyskach w Tokio jest więc w planach?
Jak najbardziej, to może być ten najlepszy bieg.
Proszę przypomnieć temat swojej pracy magisterskiej...
Opis czteroletniego cyklu moich przygotowań do igrzysk w Londynie.
Tezy są wciąż aktualne?
Dużo się zmieniło, zmieniłam trenera – Zbigniew Nadolski trenuje także najlepsze polskie maratonki, więc mamy tu zupełnie inne podejście. Włączyliśmy na przykład trening wysokogórski jako sposób budowania wytrzymałości – w tym roku spędziłam siedem tygodni w górach stanu Kolorado, później byłam w Sankt Moritz i opłaciło się – na igrzyskach poprawiłam rekord życiowy.
Jak trafiła pani do biegania?
Od dziecka lubiłam sport, w szkole podstawowej odnosiłam drobne sukcesy w biegach przełajowych i tam wypatrzył mnie trener – zachęcił do treningów w Resovii, tata mnie zawiózł...
A wybór dystansu?
Z początku były biegi przełajowe na 600 m, ale pierwszy medal mistrzostw Polski zdobyłam w biegu górskim (w stylu anglosaskim, czyli zbieg i podbieg), pojechałam na mistrzostwa świata, ale na tym skończyła się moja przygoda z biegami górskimi. Przeszłam na bieżnię. Trener zauważył moje predyspozycje do biegania z przeszkodami. Szybko zdobyłam pierwszy medal mistrzostw Polski juniorów.
To znaczy, że w Krynicy czuje się pani jak ryba w wodzie...
Biegłam tu „dziesiątkę", dla zabawy i urozmaicenia.
Nie pierwszy raz.
Jestem tu po raz trzeci i trzeci raz biegłam „dyszkę". Najlepszy wynik był przed dwoma laty. Dziś było ciężko, w takim upale.
Pani mąż jest związany z bieganiem, poślubna sesja zdjęciowa odbyła się na bieżni. Całe życie w biegu?
Nie jest łatwo, wpada się w monotonię, zwłaszcza kiedy idzie gorzej. Jest też dużo rozstań. Ale mąż mnie rozumie, sam jest przecież trenerem.
Kiedyś trenował panią.
Był taki krótki moment, przed moimi studiami w Krakowie – wtedy zdobyłam pierwszy medal mistrzostw Polski juniorów. To Piotr wpadł na pomysł tamtego startu.
Biegacie razem?
Zdarzyło się kilka wspólnych startów w biegach ulicznych.
W jakiej sytuacji jest dziś światowa lekkoatletyka?
To trudny czas – coraz więcej osób wpada na dopingu, a zawodnicy czują, że nie mają dużego wpływu na tę sytuację.