Brzmi jak scenariusz filmu, prawda? Ale tę historię napisało życie. – Kiedy leciałem do Polski, miałem na koncie 17 funtów. Zanim jednak samolot wylądował z powrotem w Wielkiej Brytanii, na rachunku bankowym znajdowała się kwota sześciocyfrowa: 40 tys. funtów za zwycięstwo w biegu na 60 m, premia od związku i czteroletni kontrakt z Nike – wspomina w rozmowie z „Daily Mail"25-letni Kilty.

Życie nigdy go nie rozpieszczało. Wychował się w portowym mieście Stockton-on-Tees, w owianej złą sławą dzielnicy. Pamięta, że w domu nie raz brakowało pieniędzy na jedzenie czy ubranie. Rodzice przez pewien czas prowadzili pub, zarabiali nieźle, ale choroba alkoholowa matki i jej uzależnienie od amfetaminy zabrały im wszystko. Stracili dach nad głową, dwukrotnie mieszkali w hostelu, sześć osób w jednym pokoju. Za ścianą uchodźcy, narkomani i prostytutki. – Patrząc wstecz, to było szalone i niebezpieczne. Ale wtedy wydawało się przygodą – mówi Kilty.

Może skończyłby, jak jego przyjaciele (jeden utonął w rzece, inny trafił do więzienia za włamanie z bronią w ręku), ale stoczyć się nie pozwolił mu ojciec. Mało jednak brakowało, by Richard został niesłusznie skazany za pobicie. Na jego oczach kijem bejsbolowym okładano ofiarę napadu. Z zarzutów go oczyszczono, ale o sprawie zdążyły napisać już wszystkie gazety. To był kolejny cios po tym, jak nie powołano go do kadry na igrzyska w Londynie, choć spełnił minimum (200 m). – Wziąłem wolne od sportu. Chciałem wstąpić do Marines, ale pewnego dnia spacerując wzdłuż rzeki, pomyślałem, że nie mogę zmarnować swojego talentu. Postanowiłem dać sobie szansę – opowiada.

Wykorzystał ją w stu procentach, ale nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Najbliższy cel – sierpniowe mistrzostwa świata w Pekinie. Jako będzie ciąg dalszy tej hollywodzkiej historii?