W piątek na skoczni Wisła-Malinka (HS-134) treningi (15.45) i kwalifikacje (18.00) do niedzielnego konkursu, w sobotę od 16.00 pierwszy konkurs drużynowy PŚ. Dzień później o tej samej porze zawody indywidualne.
Organizatorzy już latem zmierzyli się z ograniczeniami wywołanymi przez pandemię podczas jedynych zawodów FIS Grand Prix na igelicie. Wyszło zupełnie dobrze – Sandro Pertile, nowy dyrektor ds. skoków w Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS), dziękował i chwalił za podjęcie się trudnego zadania, polscy skoczkowie zdobyli większość nagród dopingowani przez 999 szczęśliwców, którzy zdobyli bilety.
Teraz na trybunach będzie cisza, bo do wygranej z pandemią wciąż daleko. Podobne decyzje podjęli także działacze w innych krajach – w Ruce/Kuusamo, Engelbergu, Garmisch-Partenkirchen i Titisee-Neustadt. Inni się zastanawiają.
Wisła znów przeciera szlak, tym razem zimowy, lecz na razie nie ma powodów do obaw, że coś pójdzie nie tak. „Bańka" antywirusowa została stworzona, procedury sanitarne przetestowano. Śnieg leży na skoczni, tory lodowe czekają, frekwencja też zapowiada się dobrze (poważnych absencji nie ma, nie będzie tylko Francuzów, Finów i zapewne Włochów), w konkursie drużynowym wystartuje może nawet 10–11 ekip.
Większość reprezentacji trenowała u siebie, nikt nie ujawnił tajemnic, nikt nie rywalizował na poważnym poziomie od lipca, co może przynieść zaskakujące wyniki.