Ta sytuacja niepokoi, bo dyscyplina jest znakiem firmowym naszego sportu. Nasi wioślarze na igrzyskach wyłowili 19 medali, w tym cztery złote – więcej zdobyli tylko lekkoatleci, pięściarze, ciężarowcy, zapaśnicy, szermierze oraz kajakarze.
Tegoroczne mistrzostwa świata uratowała męska czwórka podwójna, czyli Fabian Barański, Dominik Czaja, Mateusz Biskup i Mirosław Ziętarski, która – mimo zdrowotnych perturbacji – stanęła w Belgradzie na najniższym stopniu podium. Brąz zdobył jeszcze Artur Mikołajczewski, ale jego jedynka wagi lekkiej to konkurencja nieolimpijska, a sam planuje zakończenie kariery.
Czytaj więcej
Simone Biles zdjęła z ramion ciężar świata i po dwóch latach wróciła na mistrzostwa świata silnie...
Takie wyniki to znak, że nad polskim wioślarstwem wiszą czarne chmury. – Wszyscy po wyborach życzyli nowemu prezesowi Adamowi Korolowi jak najlepiej. Jego pierwsze ruchy, takie jak zwolnienia kilku doświadczonych fachowców, sprawiły jednak, że atmosfera się zagęściła i prawdopodobnie nie wróży to niczego dobrego. Już poprzedni rok pokazał, że polskie wioślarstwo jest na umiarkowanym poziomie – przyznaje w rozmowie z „Rz” Marek Kolbowicz.
Polscy wioślarze poniżej oczekiwań
Mistrz olimpijski z Pekinu (2008) regaty ogląda regularnie, komentując je także w telewizji. – Na początku sam tonowałem nastroje, tłumacząc, że to nowe rozdanie, więc trzeba budować formę. Związek broni się wynikami i główną lokomotywą, czyli grupą seniorską. Jeśli jednak na 114 osad, którym rozdano przepustki olimpijskie, robimy jedną kwalifikację, co jest historycznie słabym rezultatem, to znaczy, że nie dzieje się dobrze – mówi.