Kiedy sześć lat temu Simon Ammann, drobny uśmiechnięty chłopak ze Szwajcarii, zdobył dwa złote medale w Salt Lake City, sądzono, że to szczęśliwe zrządzenie losu.
Życie długo potwierdzało tę tezę. W 2007 roku Ammann został jednak mistrzem świata (tak jak Małysz) i zamknął usta tym, którzy twierdzili, że jest tylko szczęściarzem. A teraz wygrywa konkurs za konkursem i jest liderem Pucharu Świata. On i młodziutki Austriak Gregor Schlierenzauer rządzą na skoczniach.
W sobotę w Engelbergu Ammann wygrał czwarty raz w tym sezonie. Na oczach kilku tysięcy rodaków wytrzymał presję, prowadził po pierwszej serii i nie dał sobie odebrać zwycięstwa, choć Schlierenzauer i kolejny Austriak Wolfgang Loitzl walczyli z nim zacięcie.
Dzień później nie wystarczyła już fantazja i odległość budząca szacunek (136,5 m), trzy metry lepiej od Schlierenzauera i Loitzla. Wygrał ten pierwszy, Ammann był trzeci.
Dla nas najważniejsza była postawa Adama Małysza. Wyjazd na treningi do Ramsau, rezygnacja z konkursów w Pragelato nie pozostawiały wątpliwości, że problem jest.