Polaka w nowej kategorii wagowej.
Poprzednie walki Fonfara toczył w wadze półciężkiej, dwukrotnie próbował zdobyć pas organizacji WBC, ale przegrywał ze znakomitym Adonisem Stevensonem.
Po drugiej porażce zmienił kategorię na wyższą i przyleciał do Warszawy, by walczyć z mieszkającym podobnie jak on w USA Ismaiłem Siłłachem w umownym limicie (87,5 kg). Pojedynek zakontraktowany na dziesięć rund został zatrzymany w szóstej przez sędziego Leszka Jankowiaka, który uznał, że przewaga Polaka jest zbyt duża i za chwilę Siłłach zostanie znokautowany.
Ukrainiec był liczony już w drugiej rundzie, ale nie można mówić o dominacji polskiego pięściarza. Mierzący 191 cm Siłłach, który od początku walczył z odwrotnej pozycji (choć jest praworęczny), sprawiał Fonfarze (189 cm) sporo problemów.
– Szukałem nokautu, nie mogłem go jednak czysto trafić, ale wiedziałem, że to kwestia czasu. Wiem, że przyjąłem za dużo ciosów, z najlepszymi w tej kategorii nie mógłbym sobie na to pozwolić, ale uderzeń Siłłacha nie czułem – powiedział Fonfara, który wrócił na polskie ringi po 12 latach, zmierzył się z klasowym rywalem i pokonał go efektownie na oczach warszawskiej publiczności. Walka na Torwarze, tuż obok stadionu Legii, której jest kibicem, miała dla niego dodatkowy wymiar.
– I wiązała się z presją, nie mogłem przegrać, a rozcięcie nad okiem mi nie pomagało. Teraz kolejne wyzwania, ale nie obiecuję, że będę mistrzem świata w wadze junior ciężkiej – mówił dziennikarzom.
I bardzo prawdopodobne, że znów zobaczymy go w Warszawie w starciu z kimś mocniejszym od Siłłacha.