Pierwsza polska rakieta wygrała z drugą rakietę Belgii 6:1, 6:3. Mecz może nie rozwiał wszystkich obaw co do formy Agnieszki, ale wynik na pewno się spodobał, tak samo jak wiele firmowych akcji Radwańskiej.
Yanina Wickmayer nie jest banalną postacią światowego tenisa, zdobyła rozgłos wcześnie, już w 2009 roku została debiutantką roku w WTA Tour, głównie z powodu dotarcia do półfinału US Open. Już, już witała się pierwszą dziesiątką rankingu WTA. Wygrywała kiedyś z naprawdę mocnymi: od Kim Clijsters po Li Na, Anę Ivanović, Petrę Kvitovą i Dinarę Safinę w dobrych latach.
Jej karierę nieco zahamowała sprawa unikania kontroli antydopingowych pod koniec 2009 roku, która skończyła się roczną dyskwalifikacją, ale szybko darowaną. Dalsza kariera Belgijki nie toczyła się już tak błyskotliwie, kontuzje też miały znaczenie, ale Yanina w pełni sił wydawała się tenisistką niebezpieczną.
We wtorkowy wieczór niebezpieczna była tylko krótkimi chwilami, gdy przypominała sobie jak mocno serwuje lub bije piłki forhendem. Reszta to sporo chaosu i niepewności w grze Belgijki. Rzadko jej akcje miały udany początek i koniec.
Co mogło się podobać u Polki to podziwiane od lat skuteczne skróty, parę równie ładnych asów serwisowych (w sumie aż 8) i znacznie większy spokój na korcie. Agnieszka umiała także zaskakiwać rywalkę wyborami taktycznymi, wiedziała również, że lepiej biega po niebieskim korcie Spodka, więc dłuższe wymiany też były dla niej.