Pierwszy set: dużo biegania, dużo długich wymian i skrótów, bardzo mało wygrywanych gemów serwisowych z obu stron. Tie-break, w którym wynik zmienił się od 4-2 dla Polki do 6-4 dla Włoszki. Jedna piłka setowa obroniona, druga też (asem serwisowym). Jeszcze kilka wymian, dwie szanse dla Agnieszki, ale po 75 minutach okrzyk radości Sary.
Drugi set: jeszcze więcej włoskich i polskich jęków, jeszcze więcej wymian, najdłuższy ósmy gem, w którym Agnieszka wyrównuje na 4:4, lecz za parę minut są dwie piłki meczowe dla Errani. Jedna obroniona, druga nie. Po dwóch godzinach z naddatkiem – koniec.
O Sarze Errani zawsze głośniej o tej porze roku. Najgłośniej było trzy lata temu, gdy wybiegała paryski finał wielkoszlemowy z Marią Szarapową. Przegrała, ale miała wówczas swoje dni chwały, także dlatego, że w deblu (z Robertą Vinci) zostały mistrzyniami.
Dziś o Errani, piętnastej tenisistce rankingu WTA, mówi się częściej jako o wybitnej deblistce, chyba słusznie, bo 25 wygranych turniejów robi wrażenia, tak samo, jak fakt, że zwyciężała na wszystkich kortach Wielkiego Szlema, choć nie w jednym roku – deblowy „Szlem Sary" jednak istnieje.
Jest jednak jedną z tych, które umieją pogodzić kariery w obu specjalnościach. W singlu była nawet piąta na świecie (2013), lecz od roku-dwóch, powoli ustępuje miejsca innym, choć jest wciąż groźna, w lutym wygrała ósmy turniej WTA, w Rio de Janeiro.