Daria Abramowicz, psycholog sportu: Zdarza się, że czuję presję

Psycholog sportu Daria Abramowicz mówi „Rzeczpospolitej” o współpracy z Igą Świątek, zarządzaniu sukcesem i oczekiwaniami oraz oddzielaniu życia prywatnego i zawodowego.

Publikacja: 07.11.2023 03:00

Daria Abramowicz i Iga Świątek

Daria Abramowicz i Iga Świątek

Foto: PAP/Marcin Cholewiński

Gra pani w tenisa?

Moja trenerka postanowiła się zająć wygrywaniem turniejów Wielkiego Szlema – bardziej niż pracą szkoleniową – więc szukam nowej. Mówiąc jednak poważniej: potwierdzam, uczę się grać, bo lubię ten sport, ale też po to, aby jeszcze lepiej zrozumieć jego specyfikę i dynamikę. Gram ponadto w squasha – długo, bo od dziesięciu lat. To zainteresowanie, które łączy mnie oraz mojego męża. Ostatnio próbuję też padla i bardzo mi się ta forma aktywności podoba.

Uprawianie sportu to element warsztatu oraz efekt przekonania, że jego znajomość w praktyce wpływa na efektywność pracy psychologa sportowego?

Czytaj więcej

Daria Abramowicz: Wymagania współczesnego świata często dociskają nas do ściany

Nie podporządkowuję wszystkiego pracy. Sport to jednak moja pasja – zawsze nią był. Lubię aktywność fizyczną nie tylko z perspektywy hobby, ale także dbania o zdrowie i równowagę w życiu. Możemy więc jego aktywne uprawianie nazwać skutkiem ubocznym, bo poniekąd pozwala mi lepiej rozumieć sportowca i skuteczniej łączyć kropki w tym, czym zajmuję się zawodowo.

Praca z takim sportowcem jak Iga Świątek to szczyt kariery zawodowej dla psychologa sportu?

Moja praca nie jest po to, aby osiągać szczyty. Najcenniejszym, co mogę robić, to wykonywać ją skutecznie oraz jakościowo niezależnie od tego, kto do mnie przychodzi: wielki mistrz z pierwszych stron gazet, junior czy dziecko. To nie truizm. Nie kokietuję, właśnie z takim przekonaniem wychodzę każdego dnia do pracy.

Jak dużo nauczyła się pani przy tej współpracy?

Czytaj więcej

Tomasz Wiktorowski, trener Igi Świątek: Trudne chwile są i będą

Rozwinęłam się merytorycznie, bo mam dostęp do najświeższej wiedzy oraz technologii. Nauczyłam się także sporo w zakresie łączenia tego, co dzieje się na arenie bezpośredniego przygotowania do wykorzystania potencjału sportowego z aspektem biznesowo-finansowym. Widzę, jak wielki sportowiec w pewnym momencie może zostać szefem przedsiębiorstwa, którego jest rdzeniem. Czerpię także ze współpracy w świetnym zespole, gdzie nawzajem uzupełniamy swoją wiedzę. Jeden z najbardziej utytułowanych i najbardziej doświadczonych trenerów kolarstwa w historii powiedział mi zresztą kiedyś, że zawsze stara się zachowywać „otwartą głowę”, bo nawet jeśli słyszy coś po raz tysięczny albo widzi coś dziesiątki razy, to być może wyłapie inną perspektywę lub doszuka się czegoś nowego w tej samej treści. Bardzo mądre słowa.

Psycholog sportu będący częścią zespołu czuje presję wyniku?

Wszyscy jesteśmy w pewnym sensie – zwłaszcza społecznie – rozliczani z wyniku. Moja praca jest może nieco inna, bo skupiona na procesie, ale rezultat w wielkim sporcie zawsze jest kwestią nadrzędną. Odpowiadając na pytanie: nie jestem robotem. Zdarza się, że czuję presję. Zwłaszcza gdy po przegranych trochę o sobie poczytam.

Zagląda pani do mediów społecznościowych?

Tak, bo chcę znać klimat i nastrój społeczny – także po to, aby wiedzieć, z czym będzie musiała się zmierzyć zawodniczka, jeśli sama tam zajrzy. Chciałabym też podkreślić oraz sprostować: Iga nie jest „odcinana” podczas turniejów od mediów społecznościowych. To jej wybór. Pracując ze sportowcami, zależy mi, aby byli silnymi jednostkami, które podejmują własne decyzje.

Z iloma sportowcami pani dziś pracuje?

12–15, ale żaden z moich obecnych podopiecznych nie dzielił się tym w przestrzeni publicznej, więc nie możemy mówić o nazwiskach. Kiedyś pracowałam z Agnieszką Skrzypulec i Jolantą Ogar-Hill, które zdobyły srebrny medal w żeglarstwie na igrzyskach w Tokio, a także kadrą narodową kolarzy torowych czy pływaków. To współprace, które były publiczne.

Czytaj więcej

Maciej Ryszczuk: Iga musi uwierzyć

Miała pani w ciągu roku 65 delegacji i spędza 250–300 dni poza domem. To oznacza poświęcenie życia prywatnego dla pracy?

To duże obciążenie na wielu polach: poznawczym, emocjonalnym, społecznym i fizycznym. Poświęcam w pewnym sensie życie osobiste, ale jest ono powiązane ze sportem, a specyfika pracy mojego męża sprawia, że umiemy to łączyć. Nie mam też poczucia, że będę pracowała w takim trybie przez kolejnych 20, 30 lat. Nie byłoby to zdrowe. Sytuację oczywiście ułatwia fakt, że sport – odkąd pamiętam – jest moją największą życiową pasją. Uważam ponadto, że aby stworzyć satysfakcjonujące relacje i osiągać poczucie dobrostanu, kluczowe jest spełnienie osobiste, a mi ten dobrostan oraz spełnienie daje to poczucie realizowania się w mojej pasji.

Nie ma pani poczucia, że coś traci? Wielu sportowców opowiada o tym, jak trudno łączyć sport i życie osobiste, zwłaszcza w kontekście założenia rodziny…

Różnicą między mną a zawodnikiem jest to, że nie używam ciała jako narzędzia pracy, doskonaląc się w sporcie. Uprawianie sportu zawodowo dyskwalifikuje na pewien czas, pod pewnymi względami odbiera możliwość założenia rodziny, bo wymaga przerwy. Trzeba więc podkreślać, że mamy coraz więcej wspaniałych przykładów zawodniczek, które wracają do startów po urodzeniu dziecka: Serena Williams, Allyson Felix, Alex Morgan, Laura Kenny czy ostatnio tenisistki: Elina Switolina oraz Karolina Woźniacka. Za chwilę dołączą do nich Angelika Kerber i Naomi Osaka. Niemniej pozostaje to wyzwaniem, o czym od pewnego czasu mówi chociażby Ons Jabeur. Ja mam większy komfort, bo zawsze mogę zaplanować moją pracę nieco inaczej: zmniejszyć liczbę wyjazdów czy zmodyfikować jej intensywność, a może przejść na tryb gabinetowy lub online.

Ma pani poczucie, że dzięki narzędziom, w jakie jest wyposażona jako psycholog, optymalnie łączy pracę z życiem prywatnym i nie czuje zniechęcenia, wypalenia, zmęczenia?

Grupa zawodowa psychologów i psychoterapeutów jest mocno narażona na syndrom wypalenia, więc przywiązuję dużą wagę do równowagi oraz jakościowej regeneracji na wszystkich polach. Nie mam zbyt wielu dni urlopowych – może dziesięć, dwanaście w ciągu roku. Myślę jednak, że moim work-life balance zarządzam efektywnie. Jestem zadowolona zwłaszcza ze swojej aktywności fizycznej. Mamy dziś w sztabie Igi fajny rytm, bo kiedy ona jeszcze śpi, my idziemy razem na siłownię. To także spaja relacje w zespole.

Zarządzanie presją i oczekiwaniami zewnętrznymi to obecnie największe wyzwanie. Wynika ono zarówno z osobowości oraz temperamentu zawodniczki, jak i skali sukcesu.

Kto jest w waszym sztabie dobrym, a kto złym policjantem?

Nie ma takiego podziału. Uzupełniamy się, budujemy efektywną komunikację, pracujemy na relacjach. Naszym zadaniem jest stanowić skuteczną sieć wsparcia dla zawodniczki.

Trudniej w przypadku Świątek zarządzać sukcesem czy porażką?

Większe wyzwanie to zarządzanie sukcesem, ale tylko dlatego, że – nie chcę brzmieć arogancko, ale takie są raczej fakty – zwycięstw ma dziś więcej niż porażek. Sukces jest więc w jej karierze bardziej obecny. Praca z niepowodzeniami w pewnym sensie wynika zaś z tego, co już osiągnęła.

Ona sama po Australian Open przyznała, że bardziej obawiała się wówczas porażki, niż chciała wygranej…

Zarządzanie presją i oczekiwaniami zewnętrznymi to obecnie największe wyzwanie. Wynika ono zarówno z osobowości oraz temperamentu zawodniczki, jak i skali sukcesu. A także z tego, że w Polsce często postrzega się sportowców jako dobro narodowe. Właśnie tak nazywają Igę nawet sami kibice. Mówią: „Jesteś naszym skarbem”. To dla sportowców bardzo obciążające, bo pokazuje duże oczekiwania dotyczące dostarczania ludziom tego, czym chcą żyć i co ich cieszy.

Mówienie o tym otwarcie, w przestrzeni publicznej, jest także sposobem radzenia sobie z presją?

Nie traktujemy takich wypowiedzi jako narzędzia. To po prostu cała Iga, która chce być autentyczna, transparentna. Pewnym skutkiem ubocznym może być oczywiście fakt, że w pewien sposób przełamuje i destygmatyzuje tabu. Pokazuje, że sportowiec też jest człowiekiem. Faktycznie jest to zgodne z moją filozofią pracy, ale nie mamy tu do czynienia z wykalkulowanym zachowaniem.

Jak dużym wyzwaniem jest oddzielenie w tej relacji życia prywatnego od zawodowego?

Pracujemy od czterech lat i mamy jasno wyznaczone granice – od tego zaczynam każdy proces w mojej pracy. Wyznaczamy standardy oraz reguły. Dotyczą one tego, czym, w jakim zakresie i jak się dzielimy. Oczywiście – w sporcie na najwyższym poziomie ludzie często spędzają ze sobą nawet po 280–300 dni w roku i wówczas nie sposób być dla siebie obcym. Mieszkamy przecież w tych samych hotelach, spotykamy na śniadaniach, nasze życia do pewnego stopnia się przenikają. Najlepsze teamy budują w ten sposób swoją siłę, co jest istotne zwłaszcza w tenisie, czyli sporcie osamotniającym, ale z punktu widzenia mojej profesji bardzo ważne jest trzymanie się granic.

Możemy się lubić, ale nigdy nie będziemy przyjaciółmi?

Możemy spędzać razem 24 godziny na dobę, ale to nie oznacza, że stajemy się przyjaciółmi. Nie rozmawiamy o wszystkim, nie podejmujemy wspólnie pewnych aktywności. Zawodnik nigdy nie będzie kolegą psychologa.

Największe gwiazdy coraz odważniej i częściej mówią o swoich zmaganiach z problemami dotyczącymi zdrowia psychicznego. To dowód, że zmienili się sportowcy czy sport?

Zmienił się świat. Coraz więcej mówimy dziś przecież o zdrowiu psychicznym, zaburzenia nastroju stają się chorobami cywilizacyjnymi. Wymagania współczesnego świata często dociskają nas do ściany. Zmienił się sport, a więc oczywiście także ludzie, którzy go uprawiają. Prawie nikt już dziś nie mówi, że psycholog miesza w głowie zawodnikowi. Perspektywa się zmienia i będzie ewoluowała.

Sięganie do psychologii to także szukanie sposobu na przewagę. Czy to efekt skrajnej profesjonalizacji sportu na najwyższym poziomie?

Doszliśmy do punktu, w którym pod względem fizycznym, regeneracyjnym, dietetycznym czy po prostu sportowym jesteśmy bardzo zaawansowani, więc coraz częściej zaczynamy się skupiać na elemencie najmniej mierzalnym, jakim jest przygotowanie mentalne. Wielu sportowców szuka w nim przewag konkurencyjnych. Nałożył się na tę tendencję także nasz model funkcjonowania w społeczeństwie. Istotnym czynnikiem była chociażby pandemia, która stała się katalizatorem procesu przemian w zakresie dbania o zdrowie psychiczne.

Słysząc zawodowego sportowca mówiącego, że psychologowie są dla słabych, dla tych, którzy sobie nie radzą, jest pani zaskoczona czy rozczarowana?

To papierek lakmusowy, który pokazuje stan rzeczy oraz to, jak wiele pracy wciąż przed nami. Każdy ma prawo do własnego zdania, ale niektóre wypowiedzi są szkodliwe społecznie i sprawiają, że w poziomie edukacji psychospołecznej robimy krok w tył. Nie jestem ani rozczarowana, ani zaskoczona, ale bywa, że czuję się bezsilna – to pewnie sporo mówi o mnie, a nie o świecie. Z drugiej strony dostrzegam coraz większą liczbę sportowców, rodziców, trenerów, sędziów, menedżerów oraz osób zarządzających organizacjami sportowymi, którzy dysponują coraz wyższym poziomem świadomości. A to najważniejsze. Myślę, że czas też intensywnie budować tę świadomość u kibiców.

Gra pani w tenisa?

Moja trenerka postanowiła się zająć wygrywaniem turniejów Wielkiego Szlema – bardziej niż pracą szkoleniową – więc szukam nowej. Mówiąc jednak poważniej: potwierdzam, uczę się grać, bo lubię ten sport, ale też po to, aby jeszcze lepiej zrozumieć jego specyfikę i dynamikę. Gram ponadto w squasha – długo, bo od dziesięciu lat. To zainteresowanie, które łączy mnie oraz mojego męża. Ostatnio próbuję też padla i bardzo mi się ta forma aktywności podoba.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Tenis
Iga Świątek rezygnuje z ważnego turnieju. Zmęczenie dało o sobie znać
Tenis
Carlos Alcaraz. Lepszy niż Rafael Nadal w jego wieku
TENIS
Korespondencja z Paryża. Iga Świątek we łzach, Tomasz Wiktorowski zabrał głos
Tenis
Hiszpańska kontynuacja. Carlos Alcaraz wygrywa Roland Garros
Materiał Promocyjny
Jaki jest proces tworzenia banku cyfrowego i jakie czynniki są kluczowe dla jego sukcesu?
TENIS
Korespondencja z Paryża. "Gigant!". "Inspiruje, ale nie porywa". Świat komentuje wyczyn Świątek
TENIS
Korespondencja z Paryża. Iga Świątek: Rok temu nie umiałam się cieszyć