Reklama

Wielcy mistrzowie tenisa

Wielki mistrz to błogosławieństwo dla każdego sportu. Lepiej może być tylko wówczas, gdy mistrzów jest dwóch.

Publikacja: 06.04.2015 21:34

Pete Sampras (z lewej) i Andre Agassi. Szorstka przyjaźń z lat 90.

Pete Sampras (z lewej) i Andre Agassi. Szorstka przyjaźń z lat 90.

Foto: AFP

Wtedy można dobrze sprzedać rywalizację stylów i osobowości. Cichy kontra Wygadany, Elegancki vs Szorstki, Skromny przeciw Zarozumiałemu... Przeciwieństwa zawsze się znajdą.

Na takim napędzie od lat jedzie wiele dyscyplin – zawodowy boks, Formuła 1, snooker, ale chyba najpłynniej tenis. Sławni i arcybogaci walczą tu przez okrągły rok, a przedstawienie przenosi się z jednego kontynentu na drugi – sezon rusza na antypodach, później są USA, Europa, znów Ameryka, Azja i powrót na Stary Kontynent. Dzięki temu dzisiejsze gwiazdy kortu – Roger Federer, Novak Djoković czy Rafael Nadal – świecą pod każdą szerokością geograficzną.

Ci gracze weszli już do historii. Nikt w erze nowożytnej – rozpoczętej umownie w 1968 roku, kiedy tenis stał się sportem w pełni zawodowym – nie rozegrał przeciwko sobie tylu meczów, co wspomniana trójka. Na czele są Nadal z Djokoviciem, którzy mają za sobą 42 spotkania (Hiszpan wygrał 23), na drugim stopniu podium stoi para Federer – Djoković. Marcowy finał w kalifornijskim Indian Wells był ich 38. starciem (mimo porażki Szwajcar wciąż jest górą z 20 zwycięstwami). Para Nadal – Federer jest w klasyfikacji nieco dalej, choć 33 mecze to też niezły wynik.

Bez wielkiego przeciwnika po drugiej stronie siatki nie da się dobrze grać. Zawodnicy wiedzą o tym najlepiej i doceniają klasę rywali. Słowa o tym, że mocny oponent pomaga wznieść się na wyżyny własnej gry – jak ostatnio mówił Federer o Djokoviciu – nie są tylko pustą gadaniną. Wcześniej Pete Sampras mówił tak o Andre Agassim (szczerze choć niechętnie), a jeszcze wcześniej Jimmy Connors o Johnie McEnroe: „Gra przeciwko niemu wykraczała poza sam tenis. Był moim miernikiem. Patrzyłem na niego, żeby sprawdzić, jak dobrze muszę zagrać, by być najlepszym na świecie" – napisał Connors na pierwszych stronach autobiografii „The Outsider".

W jego przypadku o kurtuazji nie może być mowy – kto go pamięta, wie, że nigdy nie był skory do pochwał w rodzaju tych, które dziś wygłasza Nadal: – Roger ma doskonały serwis, doskonały wolej, superdoskonały forhend, szybkość, znakomity bekhend... gra przeciwko niemu jest zawsze czymś niezwykłym. Nawet jeśli z nim wygram, jest najlepszy.

Reklama
Reklama

Zrobiło się nerwowo

Obecni mistrzowie opanowali reguły PR i odnoszą się do siebie z szacunkiem. Taka szkoła. Dawniej – w latach 70. i 80. – górę brały emocje. Dlatego McEnroe i Connors (bilans 20:14) mają za sobą bardzo burzliwy związek. Jednak – jak pisze Jimmy – wszystkie te wybuchy złości, kłótnie z sędziami i ze sobą nawzajem okazywały się magnesem dla ówczesnych widzów. Dzisiejsze regulaminy doprowadziłyby do szybkiej dyskwalifikacji podobnych krzykaczy, co zresztą obu Amerykanom też przypadło w udziale. Byli za głośni, nawet jak na lata 80.

Spece od marketingu nie próżnowali i w kolejnej dekadzie doszli do dużej wprawy w eksploatowaniu tenisowych przeciwieństw. Pomogli sami gracze, niekwestionowane gwiazdy epoki, Pete Sampras i Andre Agassi (bilans 20:14). Od początku była to bardzo szorstka przyjaźń – pełna uszczypliwości i złośliwych uwag. W czasach blondlycrowej młodości Agassiego trudno było o większy kontrast niż między nim i białymi kołnierzykami Samprasa. Ich rywalizację znaczą trzy finały US Open – 1990, 1995 i 2002. Wszystkie wygrał Pan Elegancki, a ostatni był jednocześnie jego pożegnaniem z zawodowym tenisem.

Wielkich meczów z udziałem tej dwójki byłoby znacznie więcej, gdyby nie raptowne spadki na trasie górskiej kolejki, po której torach toczyła się kariera Agassiego.

Dopiero w ostatnich latach wspólnej gry wydawało się, że widać pomiędzy nimi nić sympatii, jednak w roku 2010 podczas meczu pokazowego, przy okazji którego zbierano pieniądze na cele charytatywne, Andre nie dał się długo prosić i otwarcie powiedział, co myśli o sztywniactwie i skąpstwie Pete'a (podobnie zresztą opisał to w swoich memuarach zatytułowanych „Open").

Gracze mieli bezprzewodowe mikrofony i stojący obok Federer i Nadal nie bardzo wiedzieli, co począć. „Ludzie, zrobiło się nerwowo!" – próbował żartować Roger. Rzeczywiście, zrobiło się nieprzyjemnie, zwłaszcza że w rewanżu Sampras niemal przyłożył Agassiemu piłką. John McEnroe byłby zachwycony.

Zresztą ten ostatni też miał prześladowcę. Nie tylko Connorsa, nie tylko Björna Borga, z którym zdążył rozegrać jedynie 14 spotkań, zanim Szwed porzucił tenis. I właśnie wtedy, w 1980 roku, na scenie pojawił się milczący Czech. Podobnie jak Szwed, grał z głębi kortu. To z nim McEnroe miał spędzić najbliższe lata. Dwa odmienne style, dwa odmienne temperamenty. Ivan Lendl przyszedł i wygrał dziewięć z pierwszych dziesięciu spotkań. W kolejnych sezonach McEnroe opanował nieco sytuację, jednak końcowy bilans pozostał dla niego niekorzystny – 15:21.

Reklama
Reklama

Nasza Piękna i? ich Besta

W  autobiografii „Serious" John docenia Ivana jako pierwszego tenisistę, który – niczym dzisiejsi mistrzowie – ciężko pracował nad swoją formą fizyczną. Jednocześnie pisze, że Czech „był jak straszny robot, gotów wystrzelić w twoim kierunku rakietę za to, że doszedłeś do jego dropszota".

Taka rywalizacja nie mogła się nie podobać. Na dodatek Lendl, podobnie jak parę lat wcześniej Martina Navratilova, przyjechał zza żelaznej kurtyny, zatem do podkręcenia był też wątek zimnowojenny.

Mecze, które Navratilova toczyła z ulubienicą USA Chris Evert, początkowo były w oczach Amerykanów wojną „naszej Pięknej" i „ich Bestii". Od połowy lat 70. obie tenisistki spotykały się niemal wyłącznie w finałach, wymieniając się pierwszym miejscem w światowej klasyfikacji. Lata 70. to zdecydowana dominacja Evert, „dziewczyny z sąsiedztwa", jak mawiali o niej amerykańscy kibice. Drobna, dziewczęca, elegancka...

„Zanim ją spotkałam, symbolizowała dla mnie wszystko, co podziwiałam w Ameryce: opanowanie, zdolności, sportowe współzawodnictwo, pieniądze, styl" – pisze Navratilova w autobiografii „Martina". I jest wdzięczna Chris za to, że kiedyś na samym początku dostrzegła ją gdzieś w przejściu i?powiedziała „cześć".

Z początku wydawało się zresztą, że Navratilova nie będzie dla niej groźną rywalką, bo zaraz po przybyciu do Stanów zapałała miłością do hamburgerów, co skończyło się kilkunastokilogramową nadwagą. Jednak w końcu nadeszły lata 80. i szala zwycięstw zaczęła się przechylać na stronę imigrantki z Czechosłowacji. Bilans 15-lecia to 43:37 dla Navratilovej.

Skończyła się ich walka, kończyła się też zimna wojna. Był rok 1988 i trwała już inna z?wielkich kobiecych rywalizacji: Steffi Graf – Gabriela Sabatini. Niemcy – Argentyna. Północny chłód kontra południowy temperament.

Reklama
Reklama

W latach 1985–1995 tenisistki rozegrały 40 spotkań, wiele zaciętych, jednak od początku do końca Niemka kontrolowała sytuację. Widownia, zwłaszcza jej męska część, długo wyczekiwała pierwszego sukcesu Argentynki. „Biedny motylek. Ile może znieść 17-letnie serce, zanim pęknie?" – pytał zdruzgotany dziennikarz „Sport Illustrated", kiedy Gabriela przegrała ze Steffi siódmy raz z rzędu.

A nie był to jeszcze koniec cierpień, bo Sabatini odniosła zwycięstwo dopiero przy 12. próbie. To był pierwszy, mały sukces. Drugi, znacznie większy, nadszedł w finale US Open 1990 – Argentynka wygrała, a niedługo potem cieszyła się serią pięciu kolejnych zwycięstw nad Niemką – a to nie zdarzało się często. Dobra passa urwała się w najgorszym momencie – w trzecim secie finału Wimbledonu 1991. Później były jeszcze dwa zwycięstwa Gabrieli, jednak całą serię zakończyło ośmiokrotne „Gem, set, mecz – miss Graf" i bilans 29:11.

Popatrzcie jeszcze raz

Po Graf i Sabatini nadeszły Hingis i Davenport, Henin i Clijsters... obawy, że za chwilę nie będzie już takich par, nigdy się nie sprawdziły, bo przecież w chwili, gdy Federer z Djokoviciem zmagają się na wielkim stadionie w Indian Wells, ktoś gdzieś stawia pierwsze kroki na korcie, podobne do tych, które widać na amatorskim filmie z początku lat 80. Dwóch gimnazjalistów toczy bój w rozgrywkach o Puchar Kaczora Donalda. Blond Szwed Stefan Edberg i rudy Niemiec Boris Becker – para, która zmonopolizuje finały Wimbledonu w latach 1988–1990. W ostatecznym rozrachunku wygrał Becker – 25:10 – ale można powiedzieć, że ich rywalizacja wciąż trwa, choć w nieco innej formie.

Niemiec jest dziś trenerem Novaka Djokovicia, a Edberg – Rogera Federera. Podczas przerw między akcjami kamery pokazują twarze obu byłych gwiazdorów. Znacie ich już? Znamy. No to popatrzcie jeszcze raz.

Tenis
Tenisowa zabawa za pieniądze Gazpromu. W propagandowym turnieju zagrali nie tylko Rosjanie
Tenis
Jelena Rybakina mistrzynią WTA Finals. Zarobiła na porządne wakacje
Tenis
Słodko-gorzki rok Igi Świątek. Rywalki rosną szybciej
Tenis
Iga Świątek nie powtórzy sukcesu z 2023 roku. Koniec sezonu dla Polki
Materiał Promocyjny
Jak producent okien dachowych wpisał się w polską gospodarkę
Tenis
Znakomity początek i niespodziewany koniec. Bolesna porażka Igi Świątek w Rijadzie
Materiał Promocyjny
Lojalność, która naprawdę się opłaca. Skorzystaj z Circle K extra
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama