Żywa legenda – można powiedzieć, pamiętając, że w 2013 roku Szwajcarka została przyjęta do Tenisowej Galerii Sławy, a od 1994 roku, gdy w Zurychu jako 14-letnia dziewczynka z kucykiem zadebiutowała w rozgrywkach WTA, minęły dwie dekady.
W tym czasie Martina Hingis upadała i wstawała, a dziś znów jest na korcie. Dawniej, gdy mówiono o niej, trzeba było wspomnieć o cudownym wyczuciu gry, trudnym związku z matką trenerką, nieobecnym ojcu i szybko zdobytej pewności siebie, która przemieniała się chwilami w arogancję.
Lekceważący uśmieszek
Kilka lat temu tak podsumował Szwajcarkę Bohdan Tomaszewski: – Zawsze mnie potwornie drażniła, zawsze byłem przeciwko niej. Ten jej lekceważący uśmieszek! Choć, przyznaję, miała niezwykłą intuicję.
Intuicja – choć przecież nie tylko – doprowadziła Hingis do pięciu tytułów wielkoszlemowych w singlu i pierwszego miejsca w klasyfikacji WTA. A lekceważący uśmieszek rzeczywiście narobił jej wrogów. Najwięcej podczas finału Roland Garros w 1999 roku, kiedy nastoletnia jeszcze Martina toczyła walkę z Niemką Steffi Graf, paryską widownią, a w końcu i samą sobą. Najpierw przeszła na stronę rywalki, by sprawdzić ślad po piłce (niedozwolone), później zaserwowała „od dołu" (dozwolone, ale nie spotkało się z uznaniem), aż w końcu przegrała już prawie wygrany mecz, spakowała się i wyszła, nie czekając na ceremonię. Uśmiech przemienił się w łzy, sytuację musiała ratować mama. Zapłakana Martina wróciła na kort i odebrała nagrodę.
Okazało się, że był to jej ostatni wielkoszlemowy finał w grze pojedynczej. Potem były kontuzje kostek, o które tenisistka obwiniła producenta butów (wytoczyła proces o 40 mln dolarów). Zmusiły ją one na początku 2003 roku do pierwszej przerwy w karierze.
To miała być emerytura – studia, ukochana jazda konna, Szwajcaria – zwykłe życie młodej milionerki. Dwa lata później wróciła jednak na kort. Początki były trudne, ale już w sezonie 2006 przyszły cenne zwycięstwa nad Marią Szarapową, Lindsay Davenport i Venus Williams. Siódme miejsce na koniec roku pozwalało na optymizm, ale pod koniec kolejnego sezonu gruchnęła wieść, że w próbce pobranej od tenisistki podczas Wimbledonu 2007 wykryto ślady kokainy.
Mikst marzeń
Poziom jej metabolitu był bardzo niski i obrona utrzymywała, że to wynik zanieczyszczenia, a nie świadomego przyjęcia niedozwolonej substancji. Jednak Międzynarodowa Federacja Tenisowa (ITF) nałożyła na zawodniczkę dwuletnią dyskwalifikację. Wtedy Martina upadła po raz drugi.
I znów – światowe życie, mecze pokazowe, „Taniec z gwiazdami", a także nieudane małżeństwo. Wreszcie drugi powrót, pod koniec 2013 roku. Tym razem tylko w grze podwójnej, w której od początku kariery odnosiła sukcesy – ma na koncie dziewięć tytułów wielkoszlemowych w deblu i dwa w mikście, ostatni zdobyty w tym roku w Melbourne w parze z Hindusem Leanderem Paesem.
Szwajcarka wróciła do tenisa ciszej niż dziesięć lat temu i wygląda na to, że tym razem może zajechać dalej. W tym sezonie wygrała już w deblu trzy turnieje WTA, z czego dwa ostatnie – w Indian Wells i Miami, w parze z Sanią Mirzą – dały jej awans na czwarte miejsce w deblowym rankingu WTA.
W przyszłym roku Hingis chciałaby zagrać w Rio de Janeiro, w swoich drugich igrzyskach olimpijskich. Podczas pierwszych, w 1996 roku w Atlancie, miała niespełna 16 lat i bardziej niż tenisem interesowała się olimpijską rywalizacją jeźdźców. Kolejne igrzyska przypadały na czas kontuzji i przerw w grze, zatem Rio byłoby ostatnią szansą. Mikst Hingis–Federer, czy można chcieć więcej?
Roger się zastanawia, tymczasem Martina, aby myśleć o starcie w igrzyskach, musi być gotowa do gry w reprezentacji Szwajcarii w rozgrywkach o Puchar Federacji. Stąd jej planowany przyjazd do Zielonej Góry.
Podczas drugiej wizyty w Polsce – w 2006 roku – grała w warszawskim turnieju WTA, przegrała z Venus Williams – legenda ma wystąpić w deblu. Z Agnieszką Radwańską w grze pojedynczej raczej się nie zmierzy, więc bilans meczów na zawsze pozostanie korzystny dla Polki. W ich jedynym spotkaniu rozegranym przed ośmioma laty w Miami Szwajcarka przegrała w trzech setach.