W porównaniu z meczem z Belgią nie było w niej aż sześciu zawodników (Artur Boruc, Jakub Błaszczykowski, Radosław Sobolewski, Euzebiusz Smolarek, Maciej Żurawski, Jacek Krzynówek), a mimo to Polacy osiągnęli cel. Ich zastępcy (bo jeszcze nie następcy) w pierwszej połowie zagrali znakomicie. Oczywiście trzeba brać pod uwagę sytuację serbskich piłkarzy, którzy, w przeciwieństwie do swoich kibiców, przyszli na mecz, bo nie mogli nie przyjść. W pierwszej połowie gospodarze grali źle. Grali? Za dużo powiedziane. Byli na boisku. Ich trener, Hiszpan Javier Clemente, rozpoczął pracę w Belgradzie w tym samym czasie co Leo Beenhakker w Polsce. W przeciwieństwie do Holendra nie zrobił nic (nigdzie zresztą nic nie zrobił, dziwię się, że go w ogóle zatrudnili) i nawet w meczu ostatniej szansy zawodnicy, na których postawił, nie czuli potrzeby zagrania nie tylko dla kibiców, których nie było, ale i dla trenera. Piłkarze z Bałkanów, niezwykle utalentowani, rzadko odnoszą sukcesy drużynowe. Tak było z Jugosławią, podobnie dzieje się z reprezentacjami krajów, które powstały po jej rozpadzie (z wyjątkiem Chorwacji).
Polska w ostatnich latach z Serbią nie przegrywa i w Belgradzie znowu pokazała, że gra zespołowa jest skuteczniejsza od indywidualnych popisów serbskich gwiazd, bardziej w Europie znanych niż Polacy. Tych popisów wcale zresztą dużo nie było, bo ambitni polscy piłkarze na nie nie pozwalali. Podanie Mariusza Lewandowskiego, po którym Rafał Murawski zdobył pierwszego gola, było znakomite. Murawskiego nie odkrył Leo Beenhakker, tylko Paweł Janas. Takich zawodników jest w Polsce wielu, lecz trzeba im dać szanse. Beenhakker daje, oni mu wierzą i strzelają gole.
Holender jest w połowie cudu, piłkarze chcą mu pomóc, ale jeszcze nie zawsze mogą (jak zobaczyliśmy, gdy Serbowie wreszcie zaczęli grać). Czekajmy jednak ze spokojem na ciąg dalszy, bo my też ufamy Beenhakkerowi.