Wyobrażanie sobie wszystkich tych ludzi w akcji, ale zwłaszcza typowanie wyników pojedynków z ich udziałem to ukochana zabawa kibiców. Zwłaszcza tych młodocianych. W dobie Internetu porównywać można niemal wszystko, choć akurat konfrontowanie postaci odległych od siebie w czasie wydaje się na razie mało realne.
Na pytanie, kto z tych wielkich był największy i kto z nich najlepiej grał w tenisa, wciąż trudno podać prostą odpowiedź.
Podczas szczecińskiego challengera Pekao Open miałem okazję przyglądać się ciekawemu spotkaniu, które stało się czymś w rodzaju przyspieszonej sportowej podróży w czasie. Na kort centralny wyszli w drugiej rundzie dwaj tenisiści, których dzieli aż 16 lat. Prawie jak ojciec i syn.
Ten pierwszy, Czech Bohdan Ulihrach, potrafił kiedyś pokonać w kalifornijskim Indian Wells znajdującego się u szczytu możliwości Samprasa. Ten drugi, Polak Jerzy Janowicz, to zawodnik dopiero wchodzący w dorosłe życie. Wyróżnia go wzrost, serwis i odwaga mierzenia się z bardziej doświadczonymi rywalami.
Przez pierwsze pół godziny 33-letni tenisista z Kolina zachowywał się niczym profesor tenisa. To była chwila wspomnień. Eleganckie przypomnienie, jak grało się w tenisa wczoraj. Czech odbijał piłki mądrze i sprytnie zarazem. Zmieniał tempo uderzeń dokładnie wtedy, kiedy trzeba było to zrobić. Odpowiadał na serwisowe petardy rywala jakby od niechcenia, ale zawsze wybierając do tego odpowiednie ustawienie główki rakiety. Do tego sam posyłał co chwila niesygnalizowane dropszoty, popisywał się fajerwerkami technicznymi pod siatką, ale przede wszystkim cały czas idealnie przewidywał, co się stanie za chwilę na korcie i w którą stronę trzeba pobiec.