Korespondencja z Kuala Lumpur
Nawet sam zwycięzca niedzielnej Grand Prix Malezji nie spodziewał się, że tak szybko przyjdzie mu wysłuchać włoskiego hymnu na najwyższym stopniu podium. Miniony sezon był dla Scuderii najgorszy od 20 lat: nie wygrali ani jednego wyścigu i zaledwie dwa razy finiszowali w pierwszej trójce. Przybyły z Red Bulla Vettel, który zeszłego roku też nie mógł zaliczyć do udanych – wyraźnie przegrał walkę z o wiele mniej doświadczonym zespołowym partnerem Danielem Ricciardo – poprawił humory w Maranello już po dwóch startach. W Australii był trzeci, a teraz do perfekcji wykorzystał sytuację: w upalnej Malezji samochody Mercedesa straciły trochę swojej przewagi, a do tego rozpieszczony zeszłoroczną dominacją zespół nieco się pogubił, kiedy sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli.
Kluczowe dla losów wyścigu było czwarte okrążenie: z toru wypadł Marcus Ericsson, zagrzebując swojego Saubera w żwirze na zewnętrznej pierwszego zakrętu. Sędziowie wysłali do akcji samochód bezpieczeństwa i większość czołowych kierowców zjechała na pierwszą zmianę opon. Vettel, który po starcie utrzymywał drugą pozycję, pozostał jednak na torze. Tak samo postąpiło kilku wolniejszych zawodników i kiedy wznowiono ściganie, lider miał za sobą bufor w postaci czterech samochodów. Obrońca tytułu Lewis Hamilton jechał na szóstej pozycji, a Nico Rosberg, który podczas zjazdu po opony musiał odczekać, aż mechanicy zmienią koła jego zespołowemu partnerowi, z trzeciej lokaty zajmowanej przed neutralizacją spadł aż na dziewiątą. Do tego obaj kierowcy Mercedesa dostali twardsze opony. Nie był to optymalny wybór, bo żeby utrzymać dystans do nowego lidera – nie mówiąc już o próbie odebrania mu prowadzenia – trzeba było postawić na szybkość bardziej miękkich opon, a nie na wytrzymałość twardych.
Kierowcy nie byli w stanie nadrobić strategicznej wpadki inżynierów. Gdy Hamilton wreszcie uporał się z dzielącymi go od Vettela wolniejszymi kierowcami, Ferrari było już o 10 sekund z przodu. Do tego lider świetnie wykorzystywał atut swojego samochodu, czyli małe zużycie ogumienia. Odwiedzał aleję serwisową dwa razy, a kierowcy Mercedesa zjeżdżali po nowe opony trzykrotnie. By myśleć o zwycięstwie, Hamilton musiałby nadrobić stracone w pierwszej fazie wyścigu 10 sekund, a Rosberg aż osiemnaście. Rok temu nie byłoby problemu, bo samochody Ferrari były o wiele wolniejsze od Mercedesów. Jednak przez zimę Scuderia zrobiła ogromne postępy, zwłaszcza jeśli chodzi o silniki i czerwone auta nie są już łatwym łupem, nawet dla mistrzów świata.
Potwierdzeniem świetnego tempa Ferrari była czwarta lokata Kimiego Raikkonena. Fin na samym początku wyścigu spadł na szary koniec stawki, bo jeden z rywali przeciął mu swoim przednim skrzydłem tylną oponę, ale później odrobił większość strat i na mecie zameldował się za Vettelem i duetem Mercedesa. Dobre tempo Ferrari jest ostrzeżeniem dla mistrzów świata i świetną wiadomością dla kibiców, którzy chcą oglądać więcej niż jeden zespół w walce o zwycięstwa.