Otwarte komentowanie tego faktu spotyka się z oburzeniem ze strony „poprawnych politycznie" obserwatorów. Niedawno przekonał się o tym Sir Stirling Moss, czterokrotny wicemistrz świata z lat 50. Ten żwawy 83-latek ośmielił się stwierdzić, że jego zdaniem kobiety nie mają wystarczająco mocnej psychiki, żeby toczyć twarde pojedynki koło w koło z mężczyznami. – Kobiety bywają bardzo silne i mocne, ale kiedy w grę wchodzi ryzykowanie życiem w walce na torze, mogą sobie nie poradzić z obciążeniem psychicznym – uważa Moss. – Nie sądzę, aby któraś z nich była w stanie wygrać wyścig Formuły 1.
Na łysiejącą głowę jednego z najbardziej utalentowanych kierowców w historii sportu natychmiast posypały się gromy. Jak to, kobiety gorsze od mężczyzn? W sumie łatwo zrozumieć oburzenie: w dobie parytetów fakt, że żadnej niewieście nie udało się wybić w zdominowanych przez mężczyzn wyścigach, musi budzić frustrację.
Oczywiście brak sukcesów dotyczy wyłącznie „praktycznej" strony Formuły 1: przedstawicielki płci pięknej piastują już różne – także najwyższe – stanowiska w zespołach. Działanie ekip Formuły 1 przypomina funkcjonowanie przedsiębiorstw w innych sektorach, więc odpowiednio uzdolnione i wykształcone kobiety znajdują dla siebie miejsce nie tylko w działach marketingu czy kontaktów z mediami. U steru Saubera stoi prawniczka Monisha Kaltenborn, a schedę w Wiliamsie po założycielu legendarnej ekipy, Sir Franku Williamsie, przejąć ma jego córka Claire, od najmłodszych lat wychowywana w świecie wyścigów.
Jeśli chodzi jednak o czysto sportową obecność w Formule 1, pozornie obrazoburcza teoria Mossa znajduje potwierdzenie w rzeczywistości. Żadna kobieta nigdy nie odniosła żadnego sukcesu w mistrzostwach świata – i wcale nie dlatego, że nie próbowały. Jak dotąd kandydatek do przełamania stereotypów było pięć, w tym jedna – Maria Teresa de Filippis – próbowała swoich sił za czasów Sir Stirlinga, pod koniec lat 50. XX wieku. Później w jej ślady próbowały iść inne panie – Lella Lombardi i Divina Galica w latach 70., Desire Wilson na początku lat 80. i Giovanna Amati na początku lat 90. Trzem ostatnim nie udało się nawet zakwalifikować do startu w żadnym wyścigu, a punkt – a dokładnie pół punktu za szóste miejsce w przerwanej GP Hiszpanii 1975 – zdobyła tylko Lombardi.
Te nazwiska zna wielu fanów, którzy w trochę bardziej niż przeciętnym stopniu interesują się historią Formuły 1. Gdyby jednak w miejsce tych pięciu pań podstawić jeżdżących w tych samych czasach mężczyzn, którzy osiągali podobnie mizerne rezultaty, to znalezienie kibiców, którzy kojarzyliby ich nazwiska, graniczyłoby już z niemożliwością. Te kobiety zostały zapamiętane tylko ze względu na płeć, a nie na osiągnięcia – a takie traktowanie przedstawicielek płci pięknej tylko pogłębia stereotypy, na które nosem kręcą poprawni politycznie komentatorzy.