Co więcej, przeciętny występ podczas zakończonego w Japonii Pucharu Świata daje im dodatkową szansę.
Kiedy tam jechały, przypominano, że po raz pierwszy w historii awansowały do finałów Grand Prix, że wygrały turnieje w Osace i Hongkongu, pokonując nie tylko Rosję i Chiny, ale też dwukrotnie Włochy, a na mistrzostwach Europy w fazie eliminacyjnej nie dały szans Serbii i Holandii. Gdyby jeszcze w Luksemburgu awansowały do finału i zdobyły złoty medal, to Marco Bonitta, włoski trener Polek, mógłby liczyć na pomnik.
To on kilka miesięcy temu wziął je rozbite i dźwignął z dna.
– Daje nam poczucie bezpieczeństwa – mówiła Dorota Świeniewicz, która wróciła do reprezentacji zaledwie kilka miesięcy po urodzeniu syna. A Bonitta umiejętnie podgrzewał atmosferę. Gdy w Grand Prix wygrywały spotkanie za spotkaniem zapewniał, że od tej pory będą wygrywać wszędzie. Sam nadmuchiwał balon, wiedząc, że pęknie z hukiem. Ale wiedział też, że jeśli nie będzie wiary w sukces i pewności siebie, to nie będzie też zwycięstw.
Pierwszy cios dostał w Luksemburgu, w półfinale mistrzostw Europy, gdy Polki przegrały z Serbkami. W walce o brązowy medal zeszły z boiska pokonane przez Rosjanki. I od razu posypały się słowa krytyki, choć zespół wciąż był w fazie budowy. Wzmacniały go zwycięstwa, ale nikt nie wiedział, jak zareaguje na porażki.