Do końca meczu zostało czternaście sekund, gdy trener Norwegów Robert Hedin poprosił o czas. Był remis 30:30, zły dla obu stron, ale to norweska drużyna miała piłkę. Hedin zdecydował o wycofaniu z gry bramkarza. Dodatkowy zawodnik z pola miał pomóc w zdobyciu tej jednej bramki, dającej awans Norwegom, a zabierającej go Niemcom. Przy remisie to mistrzowie świata byli w półfinale dzięki tzw. małej tabelce, a piłkarze Hedina jechali do domu.
Polacy mieli wówczas do półfinału dwa razy dalej niż Norwegowie, bo też potrzebowali tej jednej bramki, a piłka była u rywala. Wydawało się, że sytuacja jest beznadziejna. I wtedy przemówił trener Bogdan Wenta. Z takim opanowaniem, jakby do końca było piętnaście minut. – Spokojnie, mamy dużo czasu. Oni teraz zdejmą bramkarza, trzeba im przerwać i będzie pusta brama – wychwyciły telewizyjne mikrofony.
Wenta nie tylko ostudził emocje piłkarzy, ale też dokładnie przewidział akcję, która pozostanie jednym z najpiękniejszych sportowych wspomnień tego roku. Po wznowieniu Norweg wprowadzony za bramkarza chciał zostać bohaterem i zdobyć bramkę, ale to, co zrobił, nie było ani rzutem, ani podaniem. Raczej nerwowym odruchem, a lecąca niezbyt szybko piłka trafiła w ręce Polaków.
Artur Siódmiak pewnie nawet nie miał czasu spojrzeć na zegar, bez zastanowienia rzucił przez całe boisko w stronę pustej bramki Norwegów. Protokół mówi, że gol na 31:30 dla Polski padł w 59 minucie i 58 sekundzie meczu. Jak tu teraz nie wierzyć, że wicemistrzowie świata mogą pokonać każdego, w każdych okolicznościach?
To nie był ich mecz, a sam bohater ostatniej akcji grał wcześniej dość słabo. Wiele goli dla Norwegów padło po atakach środkiem, Siódmiak nie był w stanie zatrzymać akcji przeciwnika. Sławomir Szmal miał 34 procent obronionych rzutów. Do przerwy był co prawda remis 14:14, ale w drugiej części do zwycięskiego rzutu Polacy ani razu nie prowadzili. Mecz nie był tak brutalny, jak ten sprzed roku na mistrzostwach Europy, ale tak samo wyrównany.