Krew we mnie polska, ale nie mogłem dłużej czekać

Dwa tygodnie temu zadebiutował w pierwszej reprezentacji Stanów Zjednoczonych. Uważany za jednego z najzdolniejszych na świecie młodych piłkarzy Danny Szetela ma polski paszport, jednak nie doczekał się telefonu z PZPN

Aktualizacja: 03.11.2007 01:08 Publikacja: 03.11.2007 00:19

Danny Szetela

Danny Szetela

Foto: Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak

Rz: Była 83. minuta meczu Stanów Zjednoczonych ze Szwajcarią, kiedy Bob Bradley kazał panu wejść na boisko. Nie miał pan chwili wahania? Nie chciał pan poprosić o jeszcze kilka tygodni do namysłu?

Danny Szetela:

Nie było już się nad czym zastanawiać. Mam polską krew, czuję się tak samo Polakiem, jak Amerykaninem i przez długi czas czekałem, aż odezwie się do mnie Leo Beenhakker albo wcześniej Paweł Janas. Ktoś z PZPN zadzwonił jednak dopiero wtedy, gdy byłem już na obozie przygotowawczym z pierwszą reprezentacją Stanów. Byłoby niepoważne, gdybym w tym momencie zwątpił. Nie możecie mieć do mnie o nic pretensji. Sam miałem zadzwonić do trenera i powiedzieć: cześć, Leo, kiedy gracie jakiś mecz, bo chciałbym wpaść?

Z Janasem miał pan kontakt...

To nie był kontakt, tylko przeczytałem w gazecie, co ten pan o mnie powiedział. Mój tata co tydzień oglądał polską ligę po nocy, mówił mi, żebym grał dla biało-czerwonych i nigdy nie zapomniał, że jestem chłopakiem spod Rzeszowa. Ja spod Rzeszowa nie jestem, tylko z Nowego Jorku, ale i tak próbowałem nawiązać kontakt po każdym meczu przeciwko juniorskim reprezentacjom Polski. Wasz paszport wyrobiłem sobie dopiero, kiedy miałem 16 lat. W końcu do Stanów przyjechał Janas, zobaczył mnie w jakimś meczu i powiedział, że takich jak ja to ma w Polsce setki. Najpierw nie powiedziałem o tym nikomu, później zdradziłem sekret mamie. Byłem załamany, ale za oceanem od dziecka wpaja nam się pozytywną energię, więc przestałem się tym zadręczać.

Podczas mistrzostw świata do lat 20 w Kanadzie strzelił pan Polakom dwa gole. Smakowało wyjątkowo?

Wręcz przeciwnie. Mimo że nie będę was reprezentował, zawsze będę czuł się Polakiem i mocno kibicowałem drużynie Michała Globisza na tym turnieju. Cieszyłem się jak dziecko, gdy ograła Brazylię. W meczu przeciwko Polakom gole specjalnie mnie nie ucieszyły. Stało się, strzeliłem, a Beenhakker siedział na ławce rezerwowych. Może nie wiedział, że mógłbym kiedyś grać w jego drużynie?

Mówi pan po polsku, a w drużynie Globisza byli zawodnicy, którzy zapomnieli już ten język. Jak to się stało, że im było bliżej do reprezentacji niż panu?

Gadałem nawet o tym z Benem Starostą. Dobry miał angielski... Wydaje mi się, że PZPN monitoruje jedynie rozgrywki w Europie, a z futbolu w Ameryce tylko się śmieje. To duży błąd. Polska to naród emigrantów. W Stanach w wielu drużynach gra mnóstwo zdolnych chłopaków z polskim paszportem. Wyjechali z rodzicami za chlebem, ale nie zapomnieli o swojej pasji i prezentują wysoki poziom. Warto przyjechać raz na mecz Wisły New Jersey albo nawet dzikich drużyn w Chicago. Nie pozwólcie sobie na utratę kolejnego zawodnika.

Kiedy był pan na zgrupowaniu amerykańskiej reprezentacji, tysiąc kibiców z Nowego Jorku podpisało się pod specjalnym apelem: „Wiemy, że jesteś bardzo potrzebny Polsce, bo środkowego pomocnika z takim talentem nie miała nasza kadra od czasów Kazimierza Deyny...”.

To bardzo miłe, ale usłyszałem o tym po meczu ze Szwajcarią, a decyzję i tak podjąłem wcześniej. Porównanie z Deyną to oczywiście gruba przesada, bo jeszcze nie wiadomo, co ze mnie wyrośnie. Kiedy oglądał mnie Janas, byłem na liście 50 najzdolniejszych graczy młodego pokolenia razem z Wayne’em Rooneyem i Cristiano Ronaldo, jednak i to było za mało.

Może gdyby wtedy skorzystał pan z oferty Manchesteru United, kariera potoczyłaby się inaczej?

Wtedy zmarł jednak mój tata. Chorował przez cztery lata na nerki. W szpitalu się pomylili i lekarz zamiast wymienić mu cewnik, spowodował, że powietrze dostało się do żył. Zdecydowałem, że nie mogę zostawić rodziny. Oczywiście wiedziałem, że nie będę miał szansy na taki rozwój jak w Europie, ale i tak wszystko się dobrze potoczyło. Trafiłem do Columbus, gdzie trenowałem pod okiem Roberta Warzychy. Zostawaliśmy po zajęciach na dodatkowe ćwiczenia. Przyniosły efekty.

Często miał pan jednak problemy z kontuzjami.

Najpierw kolano, potem udo i rozbita głowa. Miałem straszne myśli, chciałem kończyć z grą w piłkę. Poradziłem sobie jakoś, jednak nikomu nie życzę, by przechodził w życiu przez to co ja. Problemy ze zdrowiem, dramat ze śmiercią taty, zresztą nawet na świecie pojawiłem się tylko dlatego, że pierwszą córkę moich rodziców, gdy miała cztery lata, śmiertelnie potrącił pijany kierowca. Załamani mama z tatą starali się o drugą dziewczynkę, ale wychodzili im tylko synowie. Jeden teraz ma 30 lat, drugi 26, trzeci 24, no i na końcu pojawił się Danny, czyli ja. Córka była dopiero piąta.

Cieszy się pan, że trafił do Racingu Santander? To nie jest gigant europejskiej piłki.

W Hiszpanii i Anglii są najlepsze rozgrywki. Na Wyspach trochę za dużo bezmyślnie biegają, a tu, w Primera Division, każdy jest świetnie wyszkolony technicznie. Dużo się uczę, choćby od Ebiego Smolarka. Dopiero w Hiszpanii zrozumiałem, dlaczego mówią o piłce „piękna gra”. W Stanach to zupełnie nie funkcjonuje. W Major League Soccer nie będzie normalnie, dopóki całością będzie zarządzać centrala. To ona decyduje, gdzie trafi dany zawodnik, a to wypacza sens rywalizacji. Poza tym zamiast postawić na rozwój młodzieży, wolą płacić 50 milionów dolarów rocznie Davidowi Beckhamowi. Mam kolegów, którzy w tych samych rozgrywkach zarabiają tysiąc dolarów miesięcznie. Tylko swojemu uporowi zawdzięczają to, że ciągle trenują, bo tyle pieniędzy to można w McDonaldzie zarobić.

To jak się pan uchował?

Miałem szczęście. Raz w roku odbywa się turniej, w którym walczą drużyny reprezentujące wszystkie stany. Trenerzy młodzieżowej reprezentacji wypatrzyli mnie tam, gdy miałem 14 lat i zostałem przeniesiony na Florydę. Miałem zapewnione mieszkanie, wyżywienie i codzienne treningi. Tyle tylko, że było nas 30, a w tak wielkim kraju jak Stany Zjednoczone takie ośrodki powinny być w każdym klubie.

Freddie Adu stał się sławny jako nastolatek. Później jednak nie potrafił przekonać do swoich umiejętności.

Spokojnie, już trafił do Benfiki Lizbona, już gra w Lidze Mistrzów i pokaże, na co go stać. Fredek to typowy przykład amerykańskiego mitu. W tym kraju wszyscy myślą, że jak ktoś jest młody i zdolny, to może wziąć na siebie odpowiedzialność za całą resztę. W Europie wiedzą, że 17-latek nie udźwignie na plecach drużyny i nie zapewni zwycięstw, bo nawet jak mu kilka meczów wyjdzie, to później nie wytrzyma psychicznie.

Na razie nie gra pan jednak nawet w pierwszej drużynie Racingu. Odstaje pan od kolegów?

Jeden trening wychodzi mi lepiej, drugi gorzej. Poza tym przecieram szlaki w Hiszpanii, bo jestem tu pierwszym Amerykaninem grającym na innej pozycji niż bramkarz i chyba nie do końca mi jeszcze ufają. Ale nie narzekam. Mam tu to, czego potrzebuję do życia. W Nowym Jorku miałem dookoła wodę i brakowało mi tego, gdy trafiłem do Columbus. Tam były tylko krowy i kukurydza. Żartuję nawet, że w tej kukurydzy znalazłem miłość swojego życia – Angel, która teraz jest już ze mną w Santander. To mądra kobieta. Wie, że nie zrezygnuję dla niej z piłki.

Kiedy ostatnio był pan w Polsce?

Dziesięć lat temu. Ale kiedyś będę grał w waszej lidze. Dla ojca. Z reprezentacją się nie udało, to może na koniec kariery zechce mnie jakiś klub?

Piłka nożna
Cezary Kulesza nie uwiódł Europy. Przegrał wybory do władz UEFA
Materiał Promocyjny
Rośnie znaczenie magazynów energii dla systemu energetycznego i bezpieczeństwa kraju
Piłka nożna
Superpuchar Polski. Tak skromnie na PGE Narodowym jeszcze nie było
Piłka nożna
Barcelona - Real w finale Pucharu Króla. Czy zobaczymy aż trzy El Clasico w ciągu miesiąca?
Piłka nożna
Piłka nożna bez kibiców. Jagiellonia Białystok zdobyła Superpuchar Polski
Materiał Partnera
Kroki praktycznego wdrożenia i operowania projektem OZE w wymiarze lokalnym
Piłka nożna
Niespodzianki nie było. O Puchar Polski zagrają Pogoń Szczecin i Legia Warszawa
Materiał Promocyjny
Jak znaleźć nieruchomość w Warszawie i czy warto inwestować?