Rz: Była 83. minuta meczu Stanów Zjednoczonych ze Szwajcarią, kiedy Bob Bradley kazał panu wejść na boisko. Nie miał pan chwili wahania? Nie chciał pan poprosić o jeszcze kilka tygodni do namysłu?
Danny Szetela:
Nie było już się nad czym zastanawiać. Mam polską krew, czuję się tak samo Polakiem, jak Amerykaninem i przez długi czas czekałem, aż odezwie się do mnie Leo Beenhakker albo wcześniej Paweł Janas. Ktoś z PZPN zadzwonił jednak dopiero wtedy, gdy byłem już na obozie przygotowawczym z pierwszą reprezentacją Stanów. Byłoby niepoważne, gdybym w tym momencie zwątpił. Nie możecie mieć do mnie o nic pretensji. Sam miałem zadzwonić do trenera i powiedzieć: cześć, Leo, kiedy gracie jakiś mecz, bo chciałbym wpaść?
Z Janasem miał pan kontakt...
To nie był kontakt, tylko przeczytałem w gazecie, co ten pan o mnie powiedział. Mój tata co tydzień oglądał polską ligę po nocy, mówił mi, żebym grał dla biało-czerwonych i nigdy nie zapomniał, że jestem chłopakiem spod Rzeszowa. Ja spod Rzeszowa nie jestem, tylko z Nowego Jorku, ale i tak próbowałem nawiązać kontakt po każdym meczu przeciwko juniorskim reprezentacjom Polski. Wasz paszport wyrobiłem sobie dopiero, kiedy miałem 16 lat. W końcu do Stanów przyjechał Janas, zobaczył mnie w jakimś meczu i powiedział, że takich jak ja to ma w Polsce setki. Najpierw nie powiedziałem o tym nikomu, później zdradziłem sekret mamie. Byłem załamany, ale za oceanem od dziecka wpaja nam się pozytywną energię, więc przestałem się tym zadręczać.