Tak duża przewaga pierwszej drużyny nad następnymi po rundzie jesiennej ostatni raz zdarzyła się dziewięć lat temu. Wówczas również liderem była Wisła. Z Franciszkiem Smudą na ławce, z Kazimierzem Węgrzynem, Radosławem Kałużnym i Tomaszem Frankowskim na boisku, zmierzała po pierwszy tytuł za pieniądze Telefoniki. Wiosną jeszcze powiększyła dystans i mistrzostwo zapewniła sobie na pięć kolejek przed końcem sezonu.
Dzisiejsza Wisła ma nad tamtą jedną przewagę: nie przegrała jeszcze w tym sezonie meczu. Spotkanie w Sosnowcu nie było wyjątkiem, choć długo zanosiło się na to, że Zagłębie zmusi rywali do podzielenia się punktami. Ostatnia drużyna ligi w meczu na wodzie (piłka co chwila stawała w kałużach) remisowała z pierwszą do 85. minuty. Wisła prowadziła po bramce Rafała Boguskiego, ale w drugiej połowie wyrównał Vladimir Bednar, wykorzystując potknięcie Clebera i złe ustawienie Mariusza Pawełka. Po golu Bednara Zagłębie broniło się przez ponad pół godziny, aż do chwili gdy mecz rozstrzygnęli Marek Zieńczuk i Paweł Brożek. Zieńczuk dwa razy dośrodkował, Brożek dwa razy przystawił głowę i było 3:1.
Przed Wisłą jeszcze dwa mecze i pytanie, kogo sprowadzić zimą, żeby w walce o Ligę Mistrzów nie liczyć tylko na szczęście w losowaniu. Trener Maciej Skorża oprócz zatrzymania piłkarzy z obecnej kadry chciałby trzech nowych zawodników, i to nie na ławkę rezerwowych, ale do pierwszego składu.
Gdyby Wiśle rzeczywiście udało się sprowadzić z Wolfsburga Jacka Krzynówka, największy transferowy przebój zimy byłby już znany. Tomasz Frankowski, również wymieniany wśród możliwych transferów, to osobna historia. Jest z nim podobnie jak wcześniej z Mirosławem Szymkowiakiem. Obaj są do wzięcia, mają do Wisły duży sentyment, ale od dawna nie grali. Poza tym ich przyjście oznaczałoby, że wraca Wisła Henryka Kasperczaka, a to byłaby dla obecnych władz klubu i trenerów najgorsza droga. Tamta drużyna zostawiła piękne wspomnienia z Pucharu UEFA, ale do Ligi Mistrzów nie awansowała. Skoro wtedy się nie udało, tym trudniej byłoby dziś, gdy dawni bohaterowie są już po trzydziestce.
Wśród rywali Wisly nie widać takiego, który ewentualne potknięcia lidera potrafiłby wykorzystać. W sobotę bardzo rozczarowała Korona, która wcześniej w tym sezonie nie straciła u siebie nawet punktu, a z Zagłębiem przegrała aż 1:4, choć prowadziła po bramce Ediego. Trener Jacek Zieliński najwięcej mówił o złej pracy sędziego Huberta Siejewicza. Jeszcze w czasie meczu krytykował go tak głośno, że został wyrzucony z ławki rezerwowych, ale to był tylko odruch pokonanego. Korona nie przegrała przez błędy sędziego, ale własnych obrońców. Zwłaszcza po prawej stronie Zagłębie mogło ćwiczyć ataki jak na treningach. Jedną bramkę strzelił Szymon Pawłowski, dwie Dawid Plizga, który zmienił go w drugiej połowie. Najładniejszy był jednak gol Macieja Iwańskiego na 1:2 z rzutu wolnego.