Jagiellonia ma już zagwarantowane występy w fazie ligowej Ligi Konferencji, a to oznacza już trzecią z rzędu jesień z pucharami w Białymstoku. To się nie zdarza często zespołom z Ekstraklasy i trzeba to docenić. Jednak drużyna trenera Adriana Siemieńca gra o coś więcej. Awans do Ligi Europy oznaczałby jeszcze większy prestiż, jeszcze większe wyzwania i jeszcze większe pieniądze.

Czytaj więcej

Polskie kluby w grze o top 10 krajowego rankingu UEFA i gwarantowaną Ligę Mistrzów

O tym samym myślą w Poznaniu, gdzie mierzyli w awans do zasadniczej fazy Ligi Mistrzów i pod tym kątem wzmacniali drużynę. Mistrzowie Polski odpadli jednak z duńskim Aarhus i zeszli poziom niżej. Za awans do Ligi Europy nikt się chyba jednak w Wielkopolsce nie obrazi.

Jagiellonia – Iberia: show Agbonifo

Przed meczem Adrian Siemieniec powtarzał, że jego piłkarzy czeka trudne zadanie, bo mierzą się z mistrzami Gruzji, którzy walczyli jak równy z równym ze Slovanem Bratysława i też już są pewni gry w Lidze Konferencji. Nie wiadomo, czy to był tylko taki zabieg psychologiczny, czy trener naprawdę tak uważał. Jego drużyna poradziła sobie niedawno na Ibrox Park z Glasgow Rangers, więc nie mogła czuć strachu przed rywalem z Gruzji.

Pierwsze minuty pokazały jednak, że na pewno gościom należy się szacunek. Jagiellonia, która w weekend odpoczywała, zaczęła niemrawo i przez pierwszych 20 minut dała się zdominować przeciwnikom, a Sławomir Abramowicz miał w bramce sporo pracy, m.in. po strzale Zviada Nachkebii.

Potem jednak sprawy w swoje ręce wziął Jeremy Agbonifo, który szalał na prawym skrzydle. Po jednym z jego rajdów w polu karnym sfaulował go Ibrahim Alhassan, a Jesus Imaz wykorzystał rzut karny (choć musiał strzelać dwa razy, bo przy pierwszej próbie rywale za szybko wbiegli w pole karne). Jeszcze tuż przed przerwą kolejną bramkę dołożył sam Agbonifo i można było spokojnie schodzić do szatni.

Druga połowa rozpoczęła się tak samo jak pierwsza. Przeciwnicy rzucili się na Jagiellonię, chcąc przynajmniej zmniejszyć straty i prawie im się to udało. Nachkebia pokonał Abramowicza, ale cała akcja zaczęła się od faulu na Kajetanie Szmycie i sędzia po analizie VAR anulował bramkę.

Potem wszystko wróciło do normy. Jagiellonia zaczęła się rozpędzać, a trener Siemieniec mógł wpuścić na boisko rezerwowych, w tym nową gwiazdę Ousmane Sowa. To właśnie po faulu na Senegalczyku sędzia podyktował rzut wolny, ostro w pole karne dośrodkował Guilhermo Montoia, a Abdullahi Alhassan strzelił samobójczą bramkę, podwyższając prowadzenie gospodarzy. W ostatnich minutach Sergio Lozano pięknym uderzeniem ustalił wynik meczu i Jagiellonia może jechać do Gruzji niemal pewna awansu.

Lech – FC Thun: pięć goli już do przerwy

Mistrzów Polski czekało w teorii trudne zadanie. Do Poznania przyjeżdżał mistrz Szwajcarii, który postawił się Dinamo Zagrzeb, a potem ograł norweskiego Vikingura. To drużyna, która ma w składzie pełno młodzieżowych reprezentantów Szwajcarii, a do tego reprezentanta Kosowa Valmira Matoshiego, reprezentanta Chile Nilsa Reichmutha czy reprezentanta Estonii Mattiasa Kaita.

Tymczasem mecz w Poznaniu wyglądał tak, jakby gospodarze grali z rywalem z ligi okręgowej. Obrońcy Thun popełniali proste błędy, przegrywali większość pojedynków i pozwalali piłkarzom Lecha łatwo wbiegać w pole karne, a bramkarz Niklas Steffen wpuszczał kolejne gole – w pierwszej połowie obronił tylko jeden strzał.

Lech w ataku był niezwykle skuteczny i to w sytuacji, w której grał bez klasycznego napastnika, bo kontuzjowany jest Mikael Ishak, a Yannick Agnero przez ostatnie dziesięć dni nie był z drużyną, bo przebywał w Afryce, czekając na wizę (z tych samych powodów nie było obrońcy Terry’ego Yegbe).

Trener Lecha Niels Frederiksen mówił, że na dłuższą metę nie wyobraża sobie grania bez klasycznego napastnika, ale może powinien to rozważyć, bo jego piłkarze urządzili sobie przy Bułgarskiej trening strzelecki.

Wynik 5:0 ich nie zadowalał i już trzy minuty po wznowieniu gry Daniel Hakans dołożył następne trafienie, a kolejnego gola strzelił obrońca Robert Gumny, którego Frederiksen wpuścił w drugiej połowie na skrzydło.

Lech odniósł swoje najwyższe pucharowe zwycięstwo w historii i może już być praktycznie pewny tego, że jesień spędzi na salonach Ligi Europy.