Urodził się w Zabrzu, na Śląsku grał w piłkę, ale nie na tyle dobrze, aby robić karierę ligową. I zapewne miał świadomość swoich ograniczeń, bo szybko zrozumiał, że bardziej od grania interesuje go trenowanie piłkarzy.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych zamieszkał w Warszawie, zaczął społeczną współpracę z PZPN, chodził na wszystkie mecze i grał w naszej dziennikarskiej drużynie FC Publikator. Nie bardzo wiedzieliśmy, kim jest i skąd się wziął.

Kim był Wiesław Grabowski?

Nigdy nie mówił o sobie za dużo, a jednocześnie miał zawsze dużo do powiedzenia. A były to uwagi na temat piłki, dalekie od sztampowych uwag ówczesnych trenerów, w rodzaju: Macie z wiatrem, grajcie górą.

Czytaj więcej

Gra tysiąca plemion

Zwracał na siebie uwagę właśnie z tego powodu, a poza tym był w naszej drużynie potrzebny, bo przy naszych nie najwyższych umiejętnościach też się wyróżniał. I w ten sposób zaczęła się nasza bliższa znajomość. Jacek Gmoch też najwyraźniej coś w nim dostrzegł, bo w okresie przygotowań do mistrzostw świata w Argentynie Wiesiek stał się jednym z jego współpracowników.

Mogło się wydawać, że stanie się jednym z najbliższych, ale tak się nie stało. Gmoch miał swoje koncepcje, a po mundialu już ich nie miał. Cała wątła struktura jego sztabu się rozpadła. Zatrudniani przez trenera technokraci bez znajomości piłki wrócili do swoich zakładów pracy. Upłynęły dwa lata, narodziła się Solidarność, potem wybuchł stan wojenny i ludzie szukali swoich szans na życie.

Kto mógł, ten wyjeżdżał. Grabowski znalazł swoje miejsce w Niemczech. Pracował na stacji benzynowej, a zarobione pieniądze przeznaczał na naukę. Podjął studia na najbardziej prestiżowej w kraju, cieszącej się renomą w całej Europie – Deutsche Sporthochschule w Kolonii. Był jednym z pierwszych i wciąż nielicznych Polaków – studentów tej uczelni.

W świecie sportu to był rodzaj Oxfordu. Jej dyplom otwierał wszystkie drzwi. Uczelnia współpracowała z Niemieckim Związkiem Piłkarskim i Bundesligą. A ponieważ Grabowski zawarł już wiele znajomości, mówił po niemiecku i po angielsku, pokazywał się w DFB, miał kontakty w siedzibie Adidasa w Herzogenaurach, pomógł szczęściu.

Wiesław Grabowski i jego żona stali się najbardziej znaną parą Polaków w Zimbabwe. Zresztą po latach Krystyna Grabowska została honorowym konsulem Polski w Harare

W latach osiemdziesiątych FIFA realizowała program pomocy dla krajów „Trzeciego Świata”. Wysyłała tam grupy swoich ekspertów – trenerów, lekarzy i dietetyków oraz organizatorów. Wiesław Grabowski znalazł się w jednej z nich, z zadaniem niesienia pomocy krajom afrykańskim.

Trafił do Zambii i już pozostał w Afryce. W latach 1983-1984 został trenerem reprezentacji Zambii, a rok później przeniósł się do Harare. Zamieszkali tam z żoną, Krystyną, Ślązaczką jak on – lekarzem położnikiem, ginekologiem i pediatrą. Stali się najbardziej znaną parą Polaków w Zimbabwe. Zresztą po latach Krystyna Grabowska została honorowym konsulem Polski w Harare.

Ona przyjmowała porody dzieci z rodzin bogatych – co budowało jej pozycję, i biednych – co przynosiło jej popularność i sympatię w mieście. On prowadził pierwszą reprezentację Zimbabwe, a z młodzieżową zajął drugie miejsce w mistrzostwach Afryki. Był dyrektorem tamtejszej federacji piłkarskiej, trenował kluby, założył prywatną akademię piłkarską. Z Darryn Tornados wywalczył puchar kraju.

Zmarł Wiesław Grabowski. Bywali u niego artyści, dziennikarze i politycy

Z czasem stał się agentem piłkarskim. Wysyłał zdolnych młodych zawodników Zimbabwe głównie do Polski. Ich nazwiska były kiedyś w naszej lidze powszechnie znane. Dickson Choto przez najbliższego sercu Grabowskiego Górnika Zabrze trafił do Legii. Takesure Chinyama też, ale przez Groclin.

Czytaj więcej

O co gra piłkarska Afryka

Norman Mapeza grał w Sokole Pniewy, a potem w Galatasaray. Gift Muzadzi w Radomiaku i Lechu. Costa Nhamoinesu w Zagłębiu Lubin i Sparcie Praga, a Shingi Kawondera w Górniku.

Grabowski był także agentem napastnika Benjaniego Mwaruwari, który w dobrych klubach europejskich (Grasshoppers Zurych, AJ Auxerre, Portsmouth, Manchester City, Blackburn) spędził ponad dziesięć lat.

Dom Grabowskich w Harare był zawsze otwarty. Byłem jednym z bardzo wielu gości, którzy doświadczyli ich gościnności i życzliwości. Przyjeżdżali tam nie tylko polscy trenerzy, którym Wiesław pomagał szukać talentów. Także politycy, artyści, dziennikarze. I to o najbardziej znanych nazwiskach w Polsce. Każdy mógł liczyć nie tylko na bezinteresowną gościnność i samochodowe wycieczki, ale i na pomoc.

Dom Grabowskich w Harare był zawsze otwarty. Byłem jednym z bardzo wielu gości, którzy doświadczyli ich gościnności i życzliwości

Bo znali ich wszyscy i oni wszystkich znali. Przyjmował ich dyktator Robert Mugabe. Wiesiek znał osobiście kolejnych prezydentów FIFA i UEFA. Zresztą jeden z wiceprezesów światowej organizacji także gościł w Harare. Kiedy było się z Wieśkiem na mundialach w Meksyku, USA, Francji czy Korei, można było mieć pewność, że odpadają kłopoty z akredytacją, biletami, a w salonie Adidasa zje się obiad. Bo wszędzie wchodził jak do siebie.

Wiesław Grabowski był przed Michałem Listkiewiczem najbardziej znanym Polakiem w strukturach światowego futbolu. Wśród wielu moich spotkań z nim – oprócz wspólnych meczów, turniejów na całym świecie – jedno było szczególne: dwutygodniowy pobyt w Afryce.

Kiedy było się z Wieśkiem na mundialach w Meksyku, USA, Francji czy Korei, można było mieć pewność, że odpadają kłopoty z akredytacją, biletami, a w salonie Adidasa zje się obiad. Bo wszędzie wchodził jak do siebie

Oglądałem mecze w Harare, treningi selekcyjne dla kandydatów do reprezentacji olimpijskiej i byłem szoferem pierwszego prezydenta niepodległego Zimbabwe, który te treningi oglądał. Nazywał się Canaan Banana i nie miałem pojęcia, że był kiedyś prezydentem. Dopóki Wiesiek nie poprosił mnie, żebym go odwiózł do domu. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła i nawet dał mi swój numer telefonu, ale nigdy z niego nie skorzystałem. Kilka lat później okazało się, że być może oglądał młodych chłopców na boisku dlatego, że miał do nich słabość. I trafił za to do więzienia.

Był rok 1996. Z Harare pojechaliśmy samochodem do Johannesburga, zatrzymując się na nocleg w Great Zimbabwe – afrykańskiej kamiennej twierdzy z czasów, kiedy u nas toczyła się bitwa pod Grunwaldem.

W Johannesburgu czekał na nas Henryk Kasperczak. Prowadził wtedy Tunezję, która dotarła do finału rozgrywek o Puchar Narodów Afryki, w którym mierzyła się z RPA. Mandela i król Zulusów na boisku, Jumbo Jet nad nim, my na trybunie. Nie zobaczyłbym tego wszystkiego, Wodospadów Wiktorii i nie odkrył „czarnej” Afryki, gdyby nie Wiesiek.

Wiedząc, kto doświadczał z jego i małżonki strony podobnych grzeczności, wiem, że to, co ja, mogłoby powiedzieć jeszcze wiele osób. W środowisku futbolowym rzadko się zdarza ktoś tak przyzwoity i życzliwy. Tym bardziej żal...