Marek Papszun: Szedłem trochę po bandzie

Nie jestem królem, na którego trzeba czekać. Nową pracę podjąć mogę, ale nie muszę – mówi „Rzeczpospolitej” były trener Rakowa Częstochowa Marek Papszun.

Publikacja: 26.07.2023 03:00

PAP/Leszek SzymaŇski

PAP/Leszek SzymaŇski

Foto: Leszek Szyma?ski

Jest pan na wakacjach czy na emeryturze?

Jestem w okresie przejściowym. Poświęcam czas rodzinie i samorozwojowi. Jest mi dobrze, nie narzekam.

Ogłaszając decyzję o odejściu z Rakowa Częstochowa brzmiał pan, jakby to było pożegnanie z karierą trenerską…

Chciałem powiedzieć jedynie, że odchodzę i nie wiem, co się wydarzy. Nie zamierzam kończyć kariery, ale przecież trudno powiedzieć, czy będzie zainteresowanie moją osobą, czy pojawi się sensowny projekt. Wbrew pozorom to nie jest takie proste, bo też mam swoje wymagania i nie chodzi tylko o finanse, ale o miejsce pracy, ambicje klubu. Podchodzę jednak do tego spokojnie. Żyję w trochę innej rzeczywistości niż przez ostatnie lata.

To przestawienie było trudne?

Wszystko poszło płynnie. Córka akurat skończyła sesję, żona pracuje zdalnie. Każdy ma swoje obowiązki, ale jesteśmy teraz rodziną, która żyje razem. Przez ostatnich siedem lat tak nie było. Dałem w tym czasie z siebie bardzo dużo. Wywalczenie mistrzostwa było klamrą, bo chciałem odejść po zdobyciu wszystkich trofeów w Polsce. Pożegnanie odbyło się płynnie, tym bardziej że schedę przejął Dawid Szwarga. Małżeństwo się rozeszło, ale pozostajemy w dobrych relacjach.

Dojrzałem do takiej decyzji, bo nie da się tak pędzić przez całe życie. Najpierw zdjąłem nogę z gazu, a teraz zupełnie wysiadłem z samochodu.

Teraz łatwiej będzie podjąć nowe wyzwanie, skoro córka dorosła i jesteście, jako rodzice, bardziej mobilni?

Nazwałbym siebie „karierowiczem”, bo był czas, że liczyła się tylko praca. Pchała mnie do tego pasja. Kocham piłkę nożną i bycie trenerem jest przedłużeniem dziecięcych marzeń. Nic lepszego nie mogło mi się trafić. Szedłem trochę po bandzie i teraz chciałbym te rodzinne straty wyrównać.

Tak musi wyglądać praca trenera?

Ciągle jest za mało czasu, więc gonisz. Delegujesz zadania, otaczasz się kompetentnymi ludźmi, ale zawsze jest coś do zrobienia, jakiś mecz do obejrzenia, jakaś rozmowa do przeprowadzenia. Dopiero po pewnym czasie zwolniłem i zacząłem znajdować czas dla siebie. Byłem zmęczony i wiedziałem, że musi się coś zmienić. Dobrze się stało, że dojrzałem do takiej decyzji, bo nie da się tak pędzić przez całe życie. Najpierw zdjąłem nogę z gazu, a teraz zupełnie wysiadłem z samochodu.

Trener na takim poziomie musi pracować od 8 do 22? Tak mówiono o panu…

Tak mówiono, bo i tak było.

Czytaj więcej

Puchar Polski. Emocje na Narodowym i ten wielki Tobiasz

Wszyscy trenerzy tak pracują?

Nie wszyscy. Nie chcę udzielać rad, bo każdy jest inny. Wiele zależy od środowiska, klubu, współpracowników czy momentu, w którym się znajdujesz. Kiedy jesteś na początku drogi, pracy jest więcej. Powie to każdy, kto rozkręca biznes. Najpierw jest orka, a dopiero potem przychodzi czas czerpania profitów, wielu wówczas trochę zwalnia. Podobnie może być w zawodzie trenera. Przez ostatnie dwa lata pion, którym zarządzałem, stał na bardzo wysokim poziomie pod względem kompetencji, wartości ludzi oraz etosu pracy i dlatego było mi łatwiej zdjąć nogę z gazu. Licząc zawodników i sztab, zarządzałem przecież pięćdziesięcioma ludźmi.

Spory biznes…

Praca trenera oznacza zarządzanie projektem wartym wiele milionów złotych. W każdym klubie największe koszty i potencjalnie największe przychody generuje pion sportowy. To trener zarządza ludźmi, którzy mają największy wpływ na sukcesy i – co za tym idzie – także pieniądze dla klubu, więc od nich zależy los pracowników innych działów. Na boisku wszystko się rozstrzyga. Trener jest więc jedną z najważniejszych osób w klubie, a często jego rola jest umniejszana, choć akurat Raków to wyjątek.

Jest jakiś projekt w Polsce, który mógłby pana skusić?

Musiałbym poznać konkrety, wręcz detale. Pracę w Polsce biorę pod uwagę.

Zagraniczny agent ma pomóc znaleźć klub w innej lidze?

Taka jest koncepcja, skoro patrzę raczej w innych kierunkach niż Ekstraklasa. Spokojnie czekam, bo zawsze byłem cierpliwy i dość mocno się przywiązuję do miejsca pracy. Chciałbym, żeby to była opcja, która da perspektywy dłuższej współpracy.

Polscy trenerzy nie mają dobrej opinii za granicą. Agent jest z Grecji, więc może południe Europy byłoby kierunkiem, gdzie łatwiej wejść na rynek?

Ta nitka nie prowadzi do kłębka. Agent jest Grekiem, ale mieszka w Hiszpanii. A co do polskich trenerów – nie istniejemy w Europie. Tomek Kaczmarek w drugiej lidze holenderskiej jest jednym z wyjątków. Maciej Skorża przeciera szlaki w Azji, a Czesław Michniewicz wyjechał do Arabii Saudyjskiej i myślę, że wykona tam dobrą pracę. Może teraz kolejnym będzie łatwiej. Jesteśmy trochę do tyłu w szkoleniu oraz rozwoju trenerów, ale gonimy. Może kiedyś staniemy się rozpoznawalni tak jak dziś chociażby Serbowie. Ich się chętnie zatrudnia na Zachodzie, a nas praktycznie nie ma.

Nie chodzi chyba o różnice warsztatowe?

Zazwyczaj chodzi o przetarte szlaki i agentów, którzy mają wyrobione kontakty. Tak działa system. My tego nie mamy. Szkoleniowcy w Polsce rzadko mają agentów, ten rynek się dopiero buduje.

Jest liga, w której się pan widzi?

Nie chodzi o ligę, ale o klub, który będzie dobrze zorganizowany, z odpowiednim etosem pracy oraz dyscypliną. Były oferty, ale nie byliśmy zainteresowani. Nie będę na siłę szukał pracy. Nie po to odchodziłem z Rakowa przed eliminacjami Ligi Mistrzów, żeby teraz iść do pierwszego klubu, który się odezwie. Pozostaję oczywiście w gotowości. Nie odrzuciłbym świetnej oferty tylko dlatego, że założyłem sobie teraz urlop, bo nie mam takiej wielkiej renomy. Nie jestem królem, na którego trzeba czekać. Nową pracę podjąć mogę, ale nie muszę.

Kiedy pan poczuł, że nie jesteście już gościem w czołówce tabeli?

Lech i Legia dostrzegli w nas mocnego gracza sezon wcześniej, kiedy poznaniakom napędziliśmy stracha na stulecie klubu. Zabraliśmy im Puchar Polski i mogliśmy także mistrzostwo, było blisko. To był drugi rok z rzędu z takimi sukcesami. Dało się już dostrzec, że stanęliśmy między najmocniejszymi.

Nie wszystkim się to podoba. Wytykali wam nawet świętowanie tytułu na stacji benzynowej…

Dla nas to było naturalne, bo jesteśmy normalnymi ludźmi i umiemy się bawić wszędzie. Nie potrzebujemy luksusów. Poza tym to było spontaniczne, o mistrzostwie dowiedzieliśmy się w autokarze. To był niepowtarzalny moment i wspomnienia, które zostają na całe życie.

Kto pierwszy krzyknął, że macie tytuł?

Mecz Legii z Pogonią oglądali piłkarze. Sztab siedział na dole piętrowego autokaru. Kiedy usłyszeliśmy, że Pogoń wygrywa, natychmiast zamknęliśmy komputery, a ja pobiegłem na górę i zaczęliśmy się bawić. Najważniejsze, że byliśmy razem.

Zdobyliście mistrzostwo, grając bez młodzieżowców. Trudno jest takich w Polsce znaleźć?

Tak, choć prezes Michał Świerczewski zapowiada, że teraz Raków chce mocniej na nich stawiać, i sprowadził dwóch – Tomasza Walczaka oraz Dawida Drachala – za spore pieniądze. Łatwiej jest, kiedy ma się wychowanków, bo młodzi generalnie chcą od razu wyjeżdżać na Zachód. Dużo klubów ma podobne problemy. Nie pomaga przepis o młodzieżowcu, który z jednej strony ich foruje, a z drugiej strony blokuje. W kadrach jest po czterech lub pięciu, a gra jeden czy dwóch. Pozostali marnują czas, bo są trzymani „na wszelki wypadek”. Jestem przeciwnikiem przepisu, bo jak ktoś może dostawać to, na co nie zasługuje. To ma być rywalizacja sportowa? Trudno jest powiedzieć starszemu piłkarzowi: nie zagrasz, bo przez przepisy musi wejść młodszy.

Młodzieżowców nie mieliście, więc nie wstawiał pan nikogo na siłę, i liczyliście się z karą?

Tak wyglądała strategia klubu. Pamiętajmy, że na początku sezonu wypadł nam Szymon Czyż, który grał w pierwszym składzie, ale zerwał więzadła krzyżowe. Był też z nami bramkarz Kacper Trelowski. Ben Lederman oraz Wiktor Długosz chwilę wcześniej skończyli wiek młodzieżowca. Dostaliśmy grzywnę, ale byliśmy świadomi, że trzeba ją wziąć na klatę. Koniec końców się opłaciło, a rywalizacja wyglądała tak, jak powinna.

Śledzi pan wyniki reprezentacji? Przed zatrudnieniem Fernando Santosa pana nazwisko było wśród kandydatów…

Wyniki nie są satysfakcjonujące, ale został zatrudniony trener, którego wszyscy chcieli, i trzeba dać mu czas, aby pokazał swój pomysł. A kto wie, może kiedyś nadejdzie mój czas? Życzę kadrze jak najlepiej, bo reprezentacja to koło zamachowe całego futbolu, a nawet polskiego sportu. Po sukcesach więcej dzieci garnie się do treningów, pojawia się więcej pieniędzy, liga oraz kluby mogą się rozwijać. To da nam szansę w pucharach i pomoże wyjść z tego grajdoła, a polscy trenerzy wyjadą za granicę.

Jest pan na wakacjach czy na emeryturze?

Jestem w okresie przejściowym. Poświęcam czas rodzinie i samorozwojowi. Jest mi dobrze, nie narzekam.

Pozostało 99% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Piłka nożna
Euro 2024 rozpoczęte. Niemcy rozbili Szkocję, młodzi biorą sprawy w swoje ręce
Piłka nożna
Euro: Następcy ośmiornicy Paula. Słonica i orangutan przewidują, że Niemcy wygrają
Piłka nożna
Szóste Euro Cristiano Ronaldo. Jaki cel stawia przed Portugalią?
Piłka nożna
Euro 2024. Chuligani to już najmniejszy problem
Materiał Promocyjny
Jaki jest proces tworzenia banku cyfrowego i jakie czynniki są kluczowe dla jego sukcesu?
Piłka nożna
Polacy zaczynają grę na Euro 2024. W niedzielę mecz z Holandią
Piłka nożna
Tomasz Wacławek: Reprezentacja Polski na Euro 2024. Niech nie zabraknie im odwagi