Korespondencja z Paryża
Szymańska przyleciała do Francji jako wicemistrzyni świata, życiowy sukces świętowała kilka tygodni przed igrzyskami. Miała uzasadnione nadzieje na rywalizację o medal, choć sama przytomnie przestrzegała, że w jej konkurencji kandydatek do podium jest kilkanaście, więc droga do sukcesu pozostaje daleka. Jej skończyła się na drugiej walce, nie miała nawet szans na repasaże.
Polka już na początku rozbiła nos o tatami i zeszła do lekarza, żeby zatamować krew. Uszkodziła też łokieć, bo gdy Meksykanka Prisca Awiti Alcaraz unieruchomiła jej rękę, Szymańska nie chciała poddać walki, choć mogła i może powinna. Jej trenerka Aneta Szczepańska tłumaczyła później, że taka wytrwałość dużo kosztuje. Sama, kiedy jeszcze była zawodniczką, w podobnych sytuacjach też nie chciała się poddawać i dziś - przed odpryski kości w łokciu — nie może wyprostować ręki.