[b]Rz: Czy wiedziała pani, jak daleko leciał dysk w tej czwartej próbie?[/b]
[b]Joanna Wiśniewska: [/b]Najlepszych rzutów nie czujemy. Ten na medal nie był zresztą wcale idealny. Ja mam braki techniczne, jestem w kole niespokojna, za szybka i jak tylko na przykład zostawię rękę pięć centymetrów wyżej, niż trzeba, to jest znacznie gorzej. Trener twierdzi, że stać mnie na rzuty 64-, 65-metrowe. W tym sezonie poprawiłam rekordy życiowe każdym dyskiem, lżejszym i cięższym, tylko nie startowym.
[b]Czemu mówi pani, że to wielka niespodzianka, przecież jest pani mocna od lat?[/b]
Dlatego, że tak długo walczyłam, by w ogóle pojechać na te mistrzostwa Europy. Dlatego, że moja kariera trwa ponad 20 lat, bywałam w finałach wielkich imprez, ale przecież najczęściej było źle.
[b]Myślała pani wtedy o skończeniu kariery?[/b]
Nieraz. Ostatnio z pięć lat temu, ale skoro trener we mnie wierzył, to też miałam wiarę. Bez niej skończyłabym ze sportem już dawno. W końcu w nas, weteranów mało kto wierzy. Teraz w związku stawia się raczej na młodych. Czasem czujemy się odrzuceni, ale myślę, że po tym medalu to będzie ważny temat i postawa działaczy się zmieni, daj Boże.
[b]Dlaczego udało się pani osiągnąć sukces właśnie w tym roku?[/b]
Może dlatego, że wreszcie przygotowywałam się w pełni zdrowa, stabilnie i spokojnie. Brakowało mi tylko dobrego wyniku w czerwcu, przed mistrzostwami Polski, by się uspokoić, bo ja nerwowa jestem. Dochodziłam więc do formy, wygrałam mistrzostwa, to pomogło. A tutaj od razu wszystko mi się podobało: koło, eliminacje i konkurs.
[b]Ma pani motywację, by jechać na igrzyska do Londynu?[/b]
Mam, wielką.
[b]Komu dedykuje pani ten medal?[/b]
Mojej zmarłej koleżance Kamili Skolimowskiej.
[i]—w Barcelonie wysłuchał k.r.[/i]