Czym zajmuje się na co dzień człowiek, który potrafi pokonać 100 km poniżej 10 godzin?

Jestem bezrobotny. Dla biegów musiałem zrezygnować z wielu rzeczy, ale nie żałuję, bo się opłaciło. Gdy pracowałem, nie wystarczało już czasu i sił na trening, więc na zawodach o dobrych wynikach mogłem tylko pomarzyć.

A traktuje pan bieganie jako sposób na zarabianie?

Nie. To, co dziś wygrałem (7,5 tys. zł – przyp. t.w.), pójdzie na spłatę pożyczek. Cieszę się, że stanąłem na podium, bo będę mógł w końcu oddać pieniądze znajomym, dzięki którym mogłem biegać przez ostatni rok.

Dlaczego wybrał pan tak trudny i wyczerpujący dystans?

Biegałem też krótsze, ale to nie dla mnie. Nie mam z tego przyjemności, męczę się tym. Mój organizm rozgrzewa się dopiero około 20 kilometra. Większość ludzi startujących w maratonie pod koniec dosięga kryzys, a ja od kryzysu zaczynam, a potem z każdym kilometrem jest już łatwiej.

Dla normalnego człowieka już maraton wydaje się często szczytem nie do zdobycia. Jak rozsądnie rozłożyć siły w biegu ponad dwukrotnie dłuższym?

Nie ma jednej skutecznej metody. Najpierw wszyscy radzili mi: młody, spokojnie, masz dużo czasu, rozgrzejesz się, a później zaatakujesz. Posłuchałem. Ale potem spotkałem kolegę, który powiedział: chcesz osiągnąć sukces, musisz walczyć od początku. Zrobiłem tak w Górach Stołowych, rzuciłem wszystko na jedną kartę i ku zaskoczeniu rywali zająłem drugie miejsce. Nie mam określonej taktyki. Kiedy czuję, że jestem zmęczony, zwalniam. Gdy widzę, że jest szansa na dobry czas, podkręcam tempo. Żeby start mi wyszedł, muszę mieć jakiś cel, motywację: ten bieg poświęciłem dla cioci, która jest chora.