Dobrze, choć dość krótko, oglądało się mecz Federera z Nishikorim. Szybkość gry Japończyka musi się podobać, zwłaszcza płaskie bekhendowe strzały wzdłuż linii – jego firmowe uderzenia. Po drugiej stronie siatki stał jednak 33-letni mistrz nad mistrze, który w londyńskiej hali w tym roku też gra jak młodzieniec.
Szwajcarowi niewiele trzeba było, by wygrać pierwszy set. Serwisów rywala się nie bał, bo returny w O2 Arena na razie wychodzą mu nadzwyczajnie, a manewry taktyczne w wymianach to jego specjalność. Wszyscy też dostrzegają, jak Stefan Edberg pomógł Federerowi: widać Rogera często przy siatce, widać pewność decyzji i wiarę, jak za najlepszych lat.
Jedno przełamanie serwisu Nishikoriego i już można było po cichu dopisywać seta do rachunku Federera. Nie pomogły szybkie nogi i agresywność uderzeń, którymi Japończyk w tym roku zaskakiwał wielu tenisistów z pierwszej dziesiątki świata, z Novakiem Djokoviciem włącznie. Ze Szwajcarem też mu nieźle szło. Przed turniejem w Londynie dwa razy wygrał i dwa razy przegrał.
Kiedy Roger Federer wygrywa w meczu Masters pierwszy set, to wygrywa mecz – ta zasada jest prawdziwa od 2008 roku, prawdziwa była i tym razem. Japończyk poprosił jeszcze o pomoc medyczną, co oznaczało dodatkowe bandaże i plastry na prawym nadgarstku, ale te zabiegi nie miały większego znaczenia. Może tylko trochę tłumaczyły, że nowy idol japońskich nastolatek przegrał drugi set szybciej niż pierwszy, choć wciąż się starał.
Prawo wielkich liczb (w szczególnej wersji tenisowej) jednak działa niezawodnie: Federer gra w finałach ATP Tour po raz 13., tylko raz nie awansował do półfinału, wygrał Masters sześć razy, przebił nawet Pete'a Samprasa i Ivana Lendla. Po pokonaniu Nishikoriego musiał wprawdzie czekać na wynik wieczornego wtorkowego meczu Milosa Raonica z Andym Murrayem (spotkanie zakończyło się po zamknięciu tego wydania „Rz"), by mieć pewność gry w półfinale, ale bez wielkich obaw: wystarczało mu, by Kanadyjczyk wygrał jeden set. Poniedziałkowe efektowne zwycięstwo Łukasza Kubota i Roberta Lindstedta nad Bobem i Mike'em Bryanami, pierwszym deblem świata, obudziło nieoczekiwane nadzieje na równie udany ciąg dalszy w środę. Polak i Szwed grają z parą Alexander Peya i Bruno Soares, teoretycznie również mocniejszą, ale wobec ostatnich wydarzeń, prognozy są bardziej optymistyczne, można nawet myśleć o półfinale dla Kubota i jego partnera. Ten ważny mecz o 19. czasu polskiego.