Presja towarzyszyła tego dnia wyłącznie wiceliderce światowego rankingu. Lys, która przegrała w kwalifikacjach, ale awansowała do turnieju głównego jako „lucky loser”, od pierwszej rundy mogła wychodzić na kort z przekonaniem, że nie ma nic do stracenia, co dało jej trzy zwycięstwa. Innych przewag, poza brakiem oczekiwań, Niemka nad Polką jednak nie miała.
Lys zagrała tak, jak powinna, czyli bez strachu. Atakowała odważnie, ale częściej od uśmiechu na jej twarzy pojawiało się rozczarowanie po piłkach, które lądowały kilka centymetrów za linią. Blisko była tylko w pierwszym gemie, bo Świątek potrzebowała najwyraźniej kilku chwil, aby wejść w dobry rytm. Niemka miała wtedy nawet dwie okazje na przełamanie i objęcie prowadzenia, ale ich nie wykorzystała. Na tym jej szanse się skończyły. 23-latce pozostała radość z małych rzeczy.