Magda Linette. Naprawa ducha i ciała

Magda Linette wpadła na chwilę do Warszawy, by powiedzieć mediom, że widzi dobrą przyszłość, wiek jej nie trapi i odkryła w sobie nerw działaczki.

Publikacja: 31.01.2023 03:00

W wielkoszlemowym Australian Open 31-letnia Magda Linette odniosła życiowy sukces – awansowała do pó

W wielkoszlemowym Australian Open 31-letnia Magda Linette odniosła życiowy sukces – awansowała do półfinału

Foto: PAP/Leszek Szymański

Pobyt w stolicy jest krótki, właściwie to tylko przerywnik w podróży między Australią i USA. Już wkrótce w Delray Beach na Florydzie powróci do treningów przed kolejnymi turniejami WTA.

W planach ma od 20 lutego start w Meridzie w Meksyku, tydzień później w Austin w Teksasie (oba turnieje rangi WTA 250). Nie zagra w Zatoce Perskiej w większych turniejach w Abu Dhabi, Dausze i Dubaju, ale za to w marcu ruszy z nową energią podbijać korty w imprezach WTA 1000 w Indian Wells i Miami.

Czytaj więcej

Magda Linette z życiowym sukcesem. Duży awans

O przyszłości mówiła wiele i z optymizmem, ale najpierw dociekano, skąd wziął się sukces w Melbourne. Usłyszeliśmy słowo klucz: dojrzałość.

– Przede wszystkim dojrzałam emocjonalnie. Przez lata brakowało mi kontroli w tym względzie. W Australii dziwiłam się, jak byłam spokojna. Kiedyś miałam wrażenie, grając na dużych kortach w pierwszych rundach, że jestem jakąś drugorzędną postacią tego widowiska, tym razem poczułam się osobą na właściwym miejscu. Miałam wreszcie ten komfort. Nie wiem tylko, czemu zajęło mi to tak wiele czasu – powiedziała 22. tenisistka świata.

Trudny powrót

Przemianę psychiczną można według niej łączyć z niedawną kontuzją kolana, pierwszą operacją i ponadpięciomiesięczną przerwą w startach.

– Powrót był trudny i stresujący, ale zrozumiałam, że potrafię się pogodzić ze stratą punktów i zejściem do poziomu mniejszych turniejów. Tak oddaliłam presję – mówiła Linette.

Dziennikarze drążyli, więc usłyszeli, że cegiełek składających się na sukces w Melbourne Park było jeszcze kilka, że przegrywane wielkoszlemowe mecze też coś wniosły, na równi z niezbyt częstymi, ale podpierającymi ducha zwycięstwami nad teoretycznie lepszymi rywalkami jak Ashleigh Barty lub Ons Jabeur.

Znaczny postęp przyniosła także poprawa stanu zdrowia. Po zmianie rakiety, po Wimbledonie 2022, minęły również problemy z barkiem (groziła kolejna operacja), potem był dobrze wykorzystany czas przygotowań do nowego sezonu. Przyszła półfinalistka Wielkiego Szlema odpoczęła mentalnie, wreszcie mogła popracować spokojnie nad naprawą ducha i ciała.

To, że duch był w tej przemianie ważniejszy, potwierdzały słowa o tym, że długo nie potrafiła oddzielić Magdy na korcie od Magdy poza nim. Błędy w meczu i porażki brała zbyt osobiście, ogólne poczucie wartości malało, a to w sporcie poważny problem.

Za naprawę tego stanu pochwaliła obu brytyjskich trenerów, tego, którego zna od prawie sześciu lat, czyli Marka Gellarda, i tego, który jest w drużynie od ubiegłorocznego sezonu na trawie, czyli Iaina Hughesa (panowie dobrze się znają, Hughes szkolił przed laty Gellarda).

Ten nieczęsty model – dwóch fachowców obok jednej gwiazdy – kazał pytać o relacje i zasługi obu. Magda Linette podzieliła je mniej więcej po równo, widząc zarówno zaangażowanie i dynamikę młodszego Marka, jak i opanowanie oraz dystans, umiejętność właściwej komunikacji, zwłaszcza po porażkach, starszego Iaina.

– Tak, Iain jest zdecydowanie spokojniejszy – potwierdził po angielsku obecny podczas spotkania trener Gellard, przy okazji nakreślając zdecydowaną różnicę w sztabie w kwestii kibicowania klubom Premier League. On jest za Liverpoolem, kolega za londyńskim West Hamem.

Słodkie owoce

Dowiedzieliśmy się również, że proces szkolenia w tenisie zawodowym to praca ustawiczna, że Linette – dziś czwarta tenisistka rankingu The Race – wciąż stabilizuje return. Ćwiczy też zmiany kierunków uderzania piłki, poprawia i tak dobre poruszanie się po korcie, także pierwszy serwis, który w Melbourne nieco gasł, a jest potrzeba, by trwał na stałym poziomie przez całe spotkanie.

Pani Magda powiedziała też sporo ciepłych słów pod adresem Igi Świątek, Łukasza Kubota i Agnieszki Radwańskiej, z którymi mogła wreszcie spędzić więcej czasu podczas australijskiego tournée.

Ale najważniejsze, że ostatnie wydarzenia w oczywisty sposób dodały jej pewności siebie i jest nadzieja, że ten półfinał w Australii to jedynie początek zbierania słodkich owoców lat ciężkiej pracy.

Błysk w oku Magdy Linette pojawił przy pytaniu o obowiązki w Radzie Zawodniczej WTA, w której jest od dwóch lat. Nie przeceniając możliwości tego organu, ujawniła sekrety kuchni i nie były to informacje błahe.

– Nikt o tym nigdy nie napisał, ale np. dzięki radzie udało się w trzy dni zmienić niesprawiedliwą dystrybucję premii w Billie Jean King Cup. Mamy długą listę zadań, ostatnie przykłady: naszywki na strojach, ich wielkość i ekspozycja, sprawy ochrony środowiska w tenisie, zapewnienie pomocy dziewczynom dotkniętym nieodpowiednim zachowaniem, poprawa jakości pracy fizjoterapeutów, dyskusje z organizatorami turniejów, oceny zawodów, i tak dalej… – opisywała pani Magda.

Sugestia, że w przyszłości będzie się spełniać w działaniu w WTA, odrzucona nie została (– Jeśli mnie tam zechcą…), na razie jednak ważnym aspektem tego zajęcia jest to, że dodaje polskiej tenisistce więcej pewności siebie w relacjach z rywalkami na korcie. Powaga stanowiska ma znaczenie.

Gdy ktoś odważnie spytał panią Magdę, czy za ojczyznę wybierze kiedyś USA lub Australię, to antypody odrzuciła od razu. Co do drugiej opcji pewności nie ma, ale przyznała, że w Stanach ostatnimi czasy żyje się jej dobrze i spokojnie.

Z uśmiechem potraktowała dociekania o rasy ulubionych psów. – Będę mieć niejednego, jest już lista, na niej na pewno owczarek australijski, choć wolałabym większość adoptować. Wiem, ile jest nierasowych piesków potrzebujących miłości i domu – rzekła.

Mężczyźni pytali

Tylko raz rzuciła groźne spojrzenie trenerowi Gellardowi, który grzecznie potwierdził, że stoi za wyciekiem istotnej wiadomości: Magda Linette z pasją porównywalną do gry na korcie kolekcjonuje buty. Dużo butów. Za ostatni sukces w Melbourne też się nagrodziła nową parą.

Obecne w hotelowej sali kobiety nie pytały, więc spytali mężczyźni, czy to fragment większej pasji i usłyszeli, że owszem. – Uwielbiam modę, to moja słabość, choć nie sądzę, że po przygodzie z tenisem stanie się czymś równie istotnym – powiedziała.

Może więc trzeba podkreślić, że na spotkanie w warszawskim hotelu przyszła w eleganckim czarnym zestawie: długa marynarka plus luźne spodnie. I nowe, pasujące trzewiki.

Pobyt w stolicy jest krótki, właściwie to tylko przerywnik w podróży między Australią i USA. Już wkrótce w Delray Beach na Florydzie powróci do treningów przed kolejnymi turniejami WTA.

W planach ma od 20 lutego start w Meridzie w Meksyku, tydzień później w Austin w Teksasie (oba turnieje rangi WTA 250). Nie zagra w Zatoce Perskiej w większych turniejach w Abu Dhabi, Dausze i Dubaju, ale za to w marcu ruszy z nową energią podbijać korty w imprezach WTA 1000 w Indian Wells i Miami.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Tenis
Echa zwycięstwa Igi Świątek w Rzymie. „Czerwony dywan do Roland Garros”
Tenis
Spokój, opanowanie, zwycięstwo. Iga Świątek wygrywa w Rzymie
Tenis
W Rzymie jak w Madrycie. Będzie kolejny finał Iga Świątek - Aryna Sabalenka
Tenis
Imponująca Iga Świątek. Zagra w czwartym finale w tym roku
Tenis
Hubert Hurkacz pokonany w Rzymie. Stracił swój największy atut