W niedzielę po treningu na kortach Monte-Carlo Country Club (MCCC) był zrelaksowany, uśmiechnięty, wyglądał na zadowolonego z życia i formy sportowej.
– Ten turniej wyznacza zawsze początek mojej ulubionej części sezonu. Wiem, że muszę grać lepiej, niż ostatnio. Pracuję nad tym, by stało się to najszybciej, jak to możliwe. Gdybym nie wierzył w swe szanse, nie byłoby mnie tutaj. Zajmowałbym się czymś innym, gdyż już osiągnąłem w tenisie wszystko co chciałem. Mam jednak wciąż pasję i motywację do tego by grać – oświadczył.
W przypadku Rafaela Nadala kryzys to spadek na piąte miejsce rankingu ATP, jeden wygrany turniej w lutym w Buenos Aires, bilans zwycięstw i porażek 15-5. Przegrywał w tym roku w pierwszej rundzie w Dausze z Michaelem Berrerem (127. ATP), z Tomasem Berdychem (wtedy 6. ATP) w ćwierćfinale Australian Open, w półfinale w Rio z Fabio Fogninim (28.), w Indian Wells z Milosem Raonicem (6.) i w Miami z Fernando Verdasco (34.).
Po ostatniej porażce wrócił do domu na treningi, ale zanim to zrobił powiedział coś, co rzadko wymyka się tenisistom ze szczytu. – Porażki, to nie jest sprawa samej gry. W czasie minionych tygodni znacznie poprawiłem formę. Przegrywam, bo w ważnych chwilach meczów dopada mnie niepokój i nerwowość. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało. Nie jestem w stanie kontrolować emocji tak jak kiedyś. Czuję się wtedy bardziej zmęczony niż zwykle, tracę pewność siebie przy odbiciach piłek. Fizycznie jestem w pełni sił, ale jest wiele innych małych spraw, które trudno wyjaśnić, lecz widzę, że wpływają na mój tenis. Jedną z nich są nerwy – mówił.
Taka szczerość plus pierwsza wypowiedź dla mediów w Monte Carlo, w której też było sporo pesymizmu, to w świecie tenisowym wyjątek od reguły, która każe zachowywać pozę zwycięzcy zawsze i wszędzie, przegrane tłumaczyć wyjątkowymi okolicznościami i nie okazywać rywalom żadnej słabości.