Agnieszka Radwańska pierwszy raz od czterech lat wypadła z czołowej dziesiątki WTA. Jej tenis stał się smutny, bo i ona była smutna. Nadzieje związane ze współpracą z Martiną Navratilovą – od początku zbyt duże, biorąc pod uwagę jej ograniczoną skalę – się nie spełniły.
Zamiast psychicznego wzmocnienia było coraz więcej wątpliwości, co wyraźnie widzieliśmy w grze. Na szczęście skończyły się już publiczne połajanki ze strony ojca, pan Robert Piotr zrozumiał, że najlepiej córce zrobi cisza. Ale trener Tomasz Wiktorowski, który najpierw uspokoił Radwańską, a następnie poprowadził do największych sukcesów, chyba zdaje sobie sprawę, że oboje doszli do ściany i konieczny jest bilans, a potem nowe otwarcie.
Coraz więcej tenisistek gra mocniejszy, bardziej siłowy tenis od Polki, już nie tylko Serena Williams czy Maria Szarapowa są poza zasięgiem, lecz także zawodniczki do niedawna z drugiej światowej dziesiątki. To nie jest żadna nowość, ta fala wzbierała od lat, aż wreszcie zagarnęła Radwańską.
Paryż nie da definitywnej odpowiedzi, co będzie dalej, czy możliwy jest skok w górę, czy też będziemy mieli dalsze nurkowanie w głąb rankingu. Dopiero Wimbledon uczyni nas mądrzejszymi – londyński trawnik jest tym miejscem, gdzie Radwańska w dużym stopniu zbudowała swą pozycję i teraz od tej samej trawy powinna się odbić. Kortów ziemnych nigdy nie lubiła, choć gdy była w formie, to i w Paryżu potrafiła dotrwać w turnieju do drugiego tygodnia. Dużo będzie zależało od dzisiejszego losowania, oby szczęście uśmiechnęło się do tenisistki z Krakowa.
Jerzy Janowicz tej wiosny na korcie ziemnym nie wygrał ani jednego meczu. Znów były kłopoty ze zdrowiem – to nic nowego, natomiast nowością jest paraliż, jaki zwykle ogarniał łodzianina, gdy trzeba było grać decydujące piłki. Wtedy z jego wielkiej pewności siebie nic nie zostawało, porażka goniła porażkę i rosnąca masa wątpliwości zaczęła żyć własnym życiem.