"Rzeczpospolita": Kraków stolicą polskiego kolarstwa?

Czesław Lang: Z pewnością można tak powiedzieć. Tour de Pologne to szczyt piramidy, ale pod Wawelem organizujemy również m.in. Skandia Maraton. Zainteresowanie tą imprezą jest ogromne. Proszę sobie wyobrazić, że w maju wystartowało w niej prawie 2 tys. osób. Najmłodszy uczestnik miał chyba trzy lata, najstarszy był po osiemdziesiątce.

Jak układa się współpraca z miastem?

Wzorowo. Mamy wielkie wsparcie prezydenta Jacka Majchrowskiego, jego podwładnych i mieszkańców. Wiadomo, że przygotowanie wyścigu kolarskiego wiąże się ze zmianami organizacji ruchu i utrudnieniami, ale nikt nie narzeka, że zamyka się ulice. Przeciwnie – na twarzach ludzi widać uśmiech.

Od kilku lat Kraków stara się  – wzorem innych europejskich miast – zaprosić do siebie Tour de France. Jak pan ocenia szanse na start Wielkiej Pętli pod Wawelem?

Podejrzewam, że zorganizowanie takiego etapu kosztowałoby więcej, niż liczy budżet całego Tour de Pologne, wynoszący kilka milionów euro. A u nas trudno znaleźć w miastach partnera, który wyłoży 50 czy 100 tys. euro. Wiadomo, że TdF to impreza bardzo dobrze wypromowana, najbardziej medialna, ale patrząc na stronę sportową, nie różni się niczym od Giro d'Italia czy Vuelta a Espana. Francuzi zawsze byli mistrzami marketingu. Reputacji nie zepsuły im nawet dopingowe afery z Lance'em Armstrongiem na czele. On został powieszony na krzyżu, a Wielka Pętla odjechała rywalom. Kiedyś stawałeś się malarzem dopiero wtedy, gdy wystawiłeś swój obraz w Paryżu, teraz podobnie jest w przypadku kolarstwa: nie jedziesz w Tour de France, to cię nie ma. A przecież startują tam te same ekipy co w Polsce – cała kolarska Liga Mistrzów. Oczywiście nasz wyścig jest krótszy i odbywa się w innych warunkach, ale pod względem organizacyjnym nie odstajemy ani od TdF, ani od Giro. Na 100 możliwych punktów dostaliśmy od Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI) 99,7.

Podoba się w Polsce zagranicznym zawodnikom?

Bardzo. Kiedy w 1993 roku, zaraz po zakończeniu kariery, organizowałem pierwszy Tour de Pologne – jeszcze amatorski, ale otwarty dla zawodowców – zaprosiłem kolegów, z którymi niedawno się ścigałem. Pytali, czy będzie co zjeść i gdzie spać. Takie było wtedy pojęcie o naszym kraju. Zabrałem ich do autokaru, zawiozłem do muzeum i pokazałem, jak po wojnie zniszczona była Warszawa. Ze zdziwieniem, ale i wielkim szacunkiem patrzyli na efekty odbudowy stolicy. Oni się o tym nie uczyli w szkołach. Na własne oczy zobaczyli, że są tu mili ludzie, że jest bezpiecznie na drogach.

A pan jakie ma sportowe wspomnienia związane z Krakowem?

Wyłącznie dobre. Startowałem tam w latach 70. w Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży i udało mi się zdobyć złoty medal w jeździe parami. W Krakowie bywałem często, jeżdżąc na zimowe zgrupowania kadry do Zakopanego.

Przed rokiem sygnał do startu spod zrekonstruowanej bramy nr 2 Stoczni Gdańskiej dał prezydent Lech Wałęsa. Żartował, że żałuje, iż nie jest młodszy, bo sam wsiadłby na rower.

W tym roku mieliśmy hasło „Łączymy stolice", a trasa TdP prowadziła z Warszawy do Krakowa. Łączymy dwa wyjątkowe miejsca: start spod Stadionu Narodowego, który jest symbolem sukcesu współczesnej Polski, a finisz na Rynku Głównym – miejscu o wspaniałej historii i tradycji.

Pańskim marzeniem jest organizacja w Polsce mistrzostw świata.

Organizacyjnie niczego nam nie brakuje. Przeszkodą są finanse, bo wymogi UCI są bardzo duże, zarobić na takiej imprezie się nie da. Dobrze, że coraz chętniej w kolarstwo inwestują polskie firmy. Może jednak znajdzie się sponsor?

—rozmawiał Tomasz Wacławek