Walka o zwycięstwo miała rozstrzygnąć się między Krzysztofem Kasprzakiem a Nickim Pedersenem. Martin Smolinski i Fredrik Lindgren byli tylko uzupełnieniem biegu finałowego.
Tuż po starcie Kasprzak objął prowadzenie, tuż za nim jechał Pedersen. W pewnym momencie Duńczyk wyprzedził Polaka, który pojechał zbyt szerokim łukiem. Zawodnik Stali Gorzów nie rezygnował. Sytuację wykorzystał Smolinski. Na ostatnim okrążeniu minął zajętych walką Kasprzaka i Pedersena. Niemiec przekroczył linię mety i został zwycięzcą GP Nowej Zelandii.
Smolinski nie miał prawa wygrać. Co prawda dysponował najszybszym motocyklem, ale kłopoty sprawiało mu jego opanowanie. Niemiec popełniał mnóstwo błędów. W 14. biegu spowodował wypadek Darcy'ego Warda, któremu przy upadku pękł kask. Podejrzewano wstrząśnienie mózgu. Na szczęście skończyło się tylko złamaniem kciuka.
Niemiec debiutował w GP jako stały uczestnik (w roku 2008 jechał z dziką kartą w GP Niemiec w Gelsenkirchen, która została odwołana i przeniesiona do Bydgoszczy). Traktowano go jak ważne uzupełnienie cyklu. W końcu pojawił się ktoś spoza Polski, Wielkiej Brytanii, Skandynawii i Antypodów. Ale mało kto patrzył na niego poważnie.
– Nikt we mnie nie wierzył, bo nie ścigam się w lidze polskiej czy szwedzkiej. ?To ważny wynik dla moich kibiców, dla niemieckiego żużla – mówił Smolinski w rozmowie z portalem speedwaygp.com.