Dwanaście drużyn walczy w Japonii o trzy miejsca premiowane awansem na igrzyska w Pekinie. W pierwszym dniu sensacji nie było. W sobotę Polki grają z Peru, a w niedzielę z USA.
Ci, którzy spodziewali się miłej niespodzianki, przypominali tegoroczne turnieje Grand Prix i zwycięstwa Polek z Chinkami, Rosjankami i Włoszkami. Po cichu liczyli, że Brazylia zagra równie słabo jak w Ningbo, gdzie w finale Grand Prix wygrała tylko z... Polską. Zapominali, że dziewczyny Jose Roberto Guimaraesa grały tam w mocno okrojonym składzie. Teraz, gdy wróciła do reprezentacji wspaniała rozgrywająca Fofao, środkowa bloku Walewska i najlepsza przyjmująca ostatnich mistrzostw świata Jaqueline, jest to siatkarska potęga.
Pesymiści byli w łatwiejszej sytuacji, sięgali tylko po statystyki. W dającej się zapamiętać przeszłości Polki nie wygrały bowiem z Brazylią ani razu. Potwierdzały to najbardziej doświadczone – Śliwa, Glinka i Liktoras. Na papierze żelaznym faworytem była Brazylia.
Marco Bonitta, choć niczego nie obiecywał, to jednak sugerował, że zna sposób, w jaki można dobrać się do skóry Brazylijkom. A Śliwa, najlepsza rozgrywająca mistrzostw Europy w Turcji (2003), które przyniosły Polkom pierwszy złoty medal, mówiła wprost, że chciałaby dumnym rywalkom z kraju kawy utrzeć nosa. Pytana, jak to zrobić, odpowiadała: – Konieczny jest tylko kąśliwy, mocny serwis i pewne przyjęcie.
Bardzo szybko się okazało, że w Hamamatsu zabrakło i jednego, i drugiego, szczególnie w pierwszym secie, który Brazylijki wygrały do 12. Polki zaczęły to spotkanie z Małgorzatą Glinką- Mogentale i Mileną Rosner na przyjęciu, Katarzyną Skowrońska-Dolatą w ataku, Eleonorą Dziękiewicz i Marią Liktoras (środkowymi bloku) i Mariolą Zenik w roli libero. Rozgrywała Śliwa, która jeszcze pod koniec września podczas mistrzostw Europy była drugim trenerem reprezentacji, a jej kariera w drużynie narodowej wydawała się być przeszłością.