Trener Polaków Bogdan Wenta zapewniał, że na Rosję nikogo nie musi motywować. Niedzielny mecz w Varażdinie miał się jednak bardzo różnić od ostatniego spotkania obu drużyn. O piąte miejsce na igrzyskach w Pekinie walczyły dwie sfrustrowane reprezentacje. Polacy wygrali, bo byli bardziej niż przeciwnicy źli, że nie walczą o medale.
Wczoraj grać chciało się jednym i drugim, ale mecz był jeszcze dziwniejszy. Polacy po kilku minutach przegrywali już 1:6, bo trzy razy rzucili w poprzeczkę, a raz w słupek. Min nie mięli zbyt wesołych, zdawali się nie wiedzieć, co dzieje się na boisku. Podobno mocno zdziwili się, gdy podczas przerwy technicznej Wenta powiedział im, że Rosjanie są na widelcu i na pewno z nimi wygrają.
Uwierzyli wbrew zdrowemu rozsądkowi. Odrabiali straty, powoli ucząc się sposobu gry rywala. Na początku drugiej połowy bramkarz Aleksiej Kostygow wydawał się być tak wielki, że zasłaniał całą bramkę. Bronił wszystko, po kolejnych odbitych piłkach szelmowsko się uśmiechał. Widać było, że Sławomir Szmal mu pozazdrościł.
Rolę w zwycięstwie polskiego bramkarza podkreślali ci, którzy najlepiej spisywali się w ataku – Bartosz Jurecki, Karol Bielecki i Krzysztof Lijewski. Szmal przyznał, że rósł z każdą interwencją, a trzy rzuty karne obronił dlatego, że bardzo podobało mu się, że Rosjanie nie bardzo wiedzą, jak go pokonać.
Polacy do wyrównania po raz pierwszy doprowadzili w 40. minucie, wygrali dwiema bramkami – tak wysoko nie prowadzili ani przez chwilę w trakcie meczu. Bielecki przypomniał, że rzadko się zdarza, żeby tak fatalnie grająca w obronie na początku meczu drużyna cieszyła się ze zwycięstwa.