Mistrzostwa świata jeszcze się dla nas nie kończą. Po pierwszej fazie grupowej, z której Polacy wyszli bez punktu, wydawało się, że szanse na medal są iluzoryczne. Po dwóch dniach fazy zasadniczej iluzja trwa, a może to już coś więcej. Drużyna Bogdana Wenty nabrała takiego rozpędu, że kolejni rywale nie są dla niej przeszkodą. Problem w tym, by rywale w innych meczach dalej grali dla nas.
Trudno wytłumaczyć, w jaki sposób zawodnicy, którzy przegrali z Macedonią i zostali zdeklasowani przez Niemców, zdołali tak szybko podnieść się z kolan. W weekend nie przeszkadzało im, że pomiędzy dwoma spotkaniami było mało czasu na odpoczynek, ani że rywale byli bardzo wymagający.
– Kiedy czuje się wiatr w plecy, nie przeszkadza ból i zmęczenie – mówi Wenta. Jego drużyna w sobotę po pierwszej połowie prowadziła z mistrzami Europy Danią 20:12, dzień później z Serbią, ktra potrafiła przecież zremisować z Niemcami, było jeszcze lepiej. Wynik 21: 7 do przerwy pokazywał różnicę klas.
– Nikt nam niczego nie dał za darmo, zwycięstwa wywalczyliśmy sami. Kosztowały nas dużo sił, co widać było w drugich połowach – opowiada Wenta. W sobotę Duńczycy długo i skutecznie gonili Polaków, w pewnym momencie wydawało się już, że pogoń może się udać.
Rok temu na mistrzostwach Europy w Norwegii Dania rozgromiła drużynę Wenty różnicą dziesięciu goli. W Zadarze w decydującym momencie Patryk Kuchczyński zamienił się jednak w obrotowego, przepchnął dwóch rywali i zadał cios, po którym rywale już się nie podnieśli. Ostatnią bramkę dla Polski zdobył rozgrywający kolejny świetny mecz bramkarz Sławomir Szmal, rzutem spod własnej bramki.