W Varażdinskich Toplicach Demat i Goran, właściciele baru Martin, ulepili bałwana. Dwumetrowego, w koszulce Chorwacji ze śniegu zabarwionego na czerwono, z numerem 4 na piersi. Dwie duże kule, jedna mała. Był jeszcze jeden śnieżny kawałek, ale go usunięto, żeby obrońcy przyzwoitości nie interweniowali. Broda z kawałków ziemi, opaska na długich włosach, wyrzeźbione mięśnie.
Dziś nawet bałwan w Chorwacji musi być Ivano Baliciem. Większość kibiców pojawiających się na meczach gospodarzy MŚ ma na plecach jego nazwisko. A plecy Balicia to główny temat rozmów: od dłuższego czasu najlepszy piłkarz ręczny ostatnich lat ma problemy z dyskiem. Czasami nie może wybiec na parkiet, a wiadomo, że jak gra Balić, tak gra cała reprezentacja. Wszyscy zawodnicy robią to, co im każe. Chorwackie gazety piszą o nim „Rukometni Michael Jordan”, a w Hiszpanii, gdzie jeszcze niedawno grał, między imię i nazwisko dopisują „maravilla”, czyli „cud”.
W tym roku skończy 30 lat. Chciał kiedyś zostać koszykarzem w NBA, ale jest za niski (mierzy 190 cm). Ojciec przekonał go, że większą karierę zrobi w innej dyscyplinie. Sam był trenerem piłki ręcznej w Splicie. Jego syn dwa razy – w 2003 i 2006 roku – został wybrany na najlepszego piłkarza świata. Sześciokrotnie – na najwartościowszego gracza wielkich turniejów. Jest złotym medalistą MŚ 2003 i igrzysk olimpijskich w Atenach.Sam też ceni się wysoko. Przez cztery lata grał w hiszpańskim Portland San Antonio Pampeluna, ale zdecydował się wrócić do ojczyzny, do Croatii Zagrzeb. Nie chodziło o patriotyzm. Płacą mu w Croatii pół miliona euro rocznie, jest najlepiej wynagradzanym zawodnikiem na świecie.
Tak jak David Beckham więcej niż na boisku zarabia na swoim wizerunku. Francuzi piszą o nim, że ma fryzurę rockandrollowca, nonszalancję blagiera, a miny, jakie robi, pokazując sędziom, że był faulowany, to aktorstwo klasy B. Plotkarskie portale robią z niego „kawał żywego męskiego mięsa”, w konkursach na najprzystojniejszego Chorwata zawsze jest w czołówce. Pali 15 papierosów dziennie, czasami nawet przed meczem. Na ostatnich mistrzostwach Europy w Norwegii stał przed halą w Stavanger z kapturem naciągniętym na głowę i prosił dziennikarzy o ogień. Po parkiecie nie biega, ale niedbale szura butami, przed podaniem w ogóle się nie rozgląda. Z niedbalstwa rodzi się wielka sztuka, Chorwaci zaczęli wygrywać, gdy zrozumieli, o co mu chodzi. Balić wygląda jakby mecz go nie interesował, po fantastycznych akcjach spokojnie biegnie na ławkę i udaje, że dziwi się wiwatom kibiców. Portal Światowej Federacji Piłki Ręcznej opisał go samymi rzeczownikami: „Przewodnik stada i egzekutor, artysta, ale i sumienny rzemieślnik, reżyser i aktor, projektant i wielki hazardzista”.
Bałwana w Varażdinskich Toplicach już nie ma, zniknął w wielkiej kałuży. Balić pozostał: na plakatach w całym kraju, na ekranach w niezliczonych telewizyjnych powtórkach. Niektóre transmisje z mistrzostw ogląda nawet 70 procent Chorwatów. Balić i jego koledzy z drużyny to bohaterowie masowej wyobraźni. – Cały nasz naród jest drużyną piłki ręcznej – mówi Vlado Sola, do niedawna bramkarz kadry. Sola zakończył karierę osiem miesięcy temu, dziś pracuje jako komentator i ma swój show w telewizji. W tych mistrzostwach dla Chorwatów liczy się tylko złoto. Zainwestowali w nie ogromne pieniądze. Sześć z siedmiu obiektów zbudowali od podstaw, ściągnęli do miejscowych klubów największe gwiazdy, z Baliciem na czele. Nie przegrali jeszcze meczu w turnieju. I żadnej reprezentacji nie boją się tak jak polskiej.