Niemożliwe nie zdarza się co dzień. Tym razem Artur Siódmiak nie miał szansy zostać bohaterem, jak w meczu z Norwegią, nie miał takiej szansy nikt w polskiej drużynie. Chorwaci grali znakomicie, Polacy średnio. Ani razu w półfinale nie prowadzili. Gospodarze wykorzystali każdą ich słabość.
Sławomir Szmal po siedmiu pierwszych rzutach na bramkę siedem razy wyjmował piłkę z siatki. Najskuteczniejszy w drużynie Tomasz Tłuczyński przez pierwszy kwadrans może dwa razy uczestniczył w akcji. Polacy starali się tak dokładnie wypracować pozycję do rzutu, że akcjom brakowało tempa. W zderzeniu z twardą chorwacką obroną wyglądali na zagubionych i zrezygnowanych. Tak jakby wszystko, co było możliwe do osiągnięcia na tym turnieju, już zrobili.
Zerwali się tylko raz, pod koniec pierwszej połowy. Wtedy doprowadzili do jedynego remisu - i jedynej chwili ciszy w hali. Kibice zamilkli, nawet wodzirej nic nie wskórał. Wtedy było widać, że Chorwaci naprawdę czuli przed piłkarzami Bogdana Wenty respekt. Bali się, że Polacy zepsują zabawę, zmarnują kilka lat przygotowań do turnieju.
Nie zepsuli. Igor Vori zdobył bramkę jeszcze przed gwizdkiem na przerwę, a po niej na parkiet wróciła polska drużyna odmieniona na gorsze. Bez wiary, bez pomysłu, stłamszona. Prawdziwy mecz trwał jeszcze tylko trzy minuty. Polacy zaczęli drugą część od dwuminutowej kary, a rywale odskoczyli na cztery gole. Były spuszczone głowy, nieudane próby indywidualnych akcji i złość na sędziów. Sędziowie byli z Niemiec - jedni z najlepszych na świecie. Może kilkoma decyzjami pomogli, by gospodarzom nie stała się krzywda, ale raczej nie nadużywali władzy.
Gwiazdą rywali niespodziewanie nie był ani Ivano Balić, ani Domagoj Duvnjak, ale bramkarz Mirko Alilović, który nawet według chorwackich mediów nie pasuje do gwiazd, jakie Lino Cervar ma w drużynie. Wybronił jednak 44 procent rzutów na bramkę, czasami w nieprawdopodobnych sytuacjach. Najskuteczniejszy był Ivan Cupić, który zdobył dwanaście bramek w trzynastu próbach, czasami wymuszając faule w tak tani sposób, jakby uczył się na piłkarskiej Serie A. Przez piętnaście minut drugiej połowy Polacy zdobyli trzy bramki, wrócili do gry dopiero wtedy, gdy pozwolili im na to gospodarze. Cervar próbował rożnych ustawień, jakby już ćwiczył przed meczem o złoto z Francuzami. Gra ciągle się rwała bo w nowej, pięknej hali raz po raz od parkietu odklejała się wykładzina. Po meczu, przy wyjściu z szatni, na Bogdana Wentę czekała żona i syn. Próbowali wytłumaczyć ojcu, że osiągnął bardzo wiele, dziękowali mu za to. Trener przytulić się nie dał, bo były włączone kamery. Powiedział, że Polska zdobędzie mistrzostwo świata tylko wtedy, gdy sama zorganizuje turniej, bo to taki sport, gdzie gospodarze mają specjalne prawa. Chorwaci ciągle tańczyli przed pijanymi ze szczęścia trybunami.