Od finału w Atenach dzieli Liverpool pół roku i 40 milionów funtów wydanych na nowych piłkarzy, a zespół jest bardzo daleko od miejsca, w którym widzieli go amerykańscy właściciele Tom Hicks i George Gillett. Latem mówili trenerowi Rafaelowi Benitezowi: „Kupuj, kogo chcesz, byle było nas jeszcze stać na budowę nowego stadionu”.
W Lidze Mistrzów piłkarze Beniteza zdobyli zaledwie punkt w trzech meczach i są na ostatnim miejscu, w Premiership na siódmym. Wspomnienia niesamowitych powrotów znad krawędzi za kadencji Beniteza działają na wyobraźnię, ale miliony funtów zostały wydane właśnie po to, by drużyna już nie stwarzała sobie problemów, które potem musi rozwiązywać.
– To jest czas dla tych, którzy wierzą – mówi Benitez. On sam wierzy przede wszystkim w nagłe ozdrowienie napastnika Fernando Torresa, który miał leczyć naciągnięty mięsień przez kilkanaście dni, a niewykluczone, że zagra już dzisiaj. Na pewno zabraknie natomiast kontuzjowanego Xabiego Alonso, który w zbudowanej przez Beniteza maszynie do wymęczania zwycięstw jest jedną z najważniejszych części. Steven Gerrard daje tej maszynie napęd, ale Xabi Alonso pilnuje, by jechała tam, gdzie chce trener. Z Besiktasem na własnym stadionie Liverpool powinien wygrać nawet osłabiony kontuzjami, ale już Olympique Marsylia pokazał w tym sezonie, że kibice na Anfield mu niestraszni i stąd też można zabrać trzy punkty.
Milan, z którym Liverpool przegrał w ostatnim finale, ma jeszcze większe kłopoty, ale tylko w Serie A, gdzie jest blisko dolnej połowy tabeli. W Lidze Mistrzów prowadzi, ma tyle samo punktów co Szachtar, z którym gra dzisiaj w Doniecku. Dwa tygodnie temu w Mediolanie było 4:1 dla gospodarzy, a na stronie UEFA do dziś można oglądać zdjęcie Mariusza Lewandowskiego odprowadzającego wzrokiem uciekającego z piłką Kakę.
Jeśli w rewanżu Milan (władze klubu w specjalnym komunikacie uczciły pamięć zmarłego wczoraj Nielsa Liedholma, Szweda, który prowadził drużynę do tytułów i jako piłkarz, i jako trener) nie da się pokonać, będzie jedną nogą w drugiej rundzie, bo dla pozostałych rywali z grupy D, Celticu i Benfiki, każdy punkt zdobyty na wyjeździe jest świętem. Celtic potrafi wygrywać w LM tylko u siebie i dziś ma szansę opuścić ostatnie miejsce w grupie. Jeśli nie uda się teraz, drużyny Artura Boruca i Macieja Żurawskiego może zabraknąć wiosną nawet w Pucharze UEFA (awansują zespoły z trzecich miejsc).